niedziela, 29 kwietnia 2012

„Burza” przeszła bokiem - wspomina Józef Borcz



z Józefem Borczem rozmawiają: Janina Haładyj – Różak, Tomasz Czarny, Kazimierz Majcher i Michał Okrzeszowski


Pan Józef Borcz, przewodniczący łańcuckiego koła Światowego Związku Żołnierzy AK, zaskoczył nas swoją niebywałą pamięcią, bystrością umysłu, umiejętnością krytycznego spojrzenia na własne środowisko, a także poczuciem humoru. Poniższy tekst powstał na podstawie dwóch wywiadów. Pierwszy, zaplanowany, odbył się 3 marca 2012. Drugie spotkanie miało być po prostu towarzyskimi odwiedzinami. Jednak podczas niego poznaliśmy wiele nowych, ciekawych faktów. Uznaliśmy, że warto je umieścić w tekście.




Panie Józefie 
Pana młodość przypadła na najtrudniejszy okres naszej historii. Wiemy, ze mimo młodego wieku był Pan bardzo aktywnym żołnierzem AK.  Nas interesuje Pan, jako człowiek i pańskie przeżycia. Ale zanim  zajmiemy się wojną, proszę opowiedzieć nam coś o swoich korzeniach i o dzieciństwie.    
Mój ojciec, jako żołnierz austriacki dostał się do niewoli w Przemyślu w twierdzy i cztery lata był „u cara”, gdzieś nad Morzem Kaspijskim. Pracował w kopalni, potem u jakiejś gospodyni, więc przeżył co „swoje”. W 1920 roku wrócił. Mieliśmy gospodarstwo, dwie morgi pola, to była „dziadownia”. Jestem pierwszym pokoleniem powojennym - rocznik 1921.
Gdzie mieszkaliście?
Mieszkaliśmy w Woli Małej.
Czy miał pan rodzeństwo?
Zaraz panu wymienię. Zanim ojciec poszedł na wojnę, było czworo dzieci. Po wojnie była zaraza, dużo ludzi tutaj pomarło, umarł też mój brat i siostra. Dwie siostry przeżyły. Później jedna była nauczycielką, druga gospodynią, zmarły niedawno (w moim pojęciu pięć lat to niedawno). Po wojnie urodziłem się ja, a potem jeszcze brat i siostra. W sumie było nas pięcioro rodzeństwa, no i małe gospodarstwo. To była biedusia.
Tak, to była bieda.
Lepiej o tym nie wspominać. Czteroklasowa szkoła podstawowa w Woli Małej, do której chodziłem, została wybudowana w 1900 roku. Był tam jeden nauczyciel, który mieszkał w szkole, była jedna sala. To było prymitywne jak na wasze pojęcie. Potem do piątej, szóstej klasy szło się do Łańcuta. Tam, gdzie dzisiaj jest gimnazjum nr 1 wtedy była szkoła podstawowa imienia Sobińskiego. Później można było zdawać do Gimnazjum imienia Henryka Sienkiewicza. Dostałem się tam i później zdałem tzw. małą maturę. Wtedy obowiązywała reforma jędrzejewiczowska: cztery lata gimnazjum, dwa lata liceum i miało się średnie wykształcenie oraz prawo do wstępowania na studia. Przed wojną zdążyłem ukończyć tylko te cztery lata. Powiem prawdę, co będę „cyganił”. Miałem zainteresowania różne: np. lotnictwo, wojsko. Kajak trzeba było zrobić z kolegą, więc pracowaliśmy nad tym kajakiem. Więc przez łacinę i niemiecki w trzeciej klasie gimnazjum siedziałem dwa lata. Myślałem  tak: łacina, po co mi łacina? Księdzem nie będę, choć mama chciała. Niemiecki? Przecież to nasi wrogowie. Po co mi takie rzeczy?
No tak, ja podobnie o niemieckim myślałam.        
To były początki niemieckiego, łacinę miałem już wcześniej. W 1939 roku przeszedł profesor Krysa. On chyba bezpłatnie po studiach na rok przyszedł na staż. Uczył historii. Tak gdzieś na wiosnę mówił: „Chłopcy, będzie wojna!” Myśmy się uśmiechnęli: „Wojna, wojna. Co znaczy wojna? Jaka tam wojna będzie?” No i była wojna we wrześniu.. Wcześniej coś już „w trawie piszczało”. Były przygotowania do obrony przeciwlotniczej. Niektórzy żołnierze i oficerowie już byli zmobilizowani trochę wcześniej. Było dużo przygotowań, odbywała się zbiórka na uzbrojenie. Na przykład. była wola, żeby kupić karabin maszynowy. Trwała  zbiórka i potem  było poświęcenie tego karabinu maszynowego. 10 Pułk Strzelców Konnych na wiosnę wymaszerował na Śląsk. Był już zmotoryzowany. Na ostatnim święcie pułkowym (byłem na nim), żołnierze defilowali na samochodach - łazikach 508 i motocyklach „Sokół”, a oficerowie jeszcze na koniach. Mieli czarne kurtki, z tym, że hełmy mieli niemieckie, to trochę niedobrze. Dla mnie wojsko to było „coś”. Zgłaszałem się do lotnictwa, do Bydgoszczy. Tam była Szkoła Strzelania i Bombardowania dla Małoletnich, ale proszę pana, ja byłem chudy, wysoki, cienki, zdechlak, kiedy tam przyszli chłopcy dobrze zbudowani, to nie miałem szans. Także lotnictwo jeszcze po dziś dzień za mną „chodzi”. Trochę polatałem. Skończyłem kurs szybowcowy…    Moje przygotowanie wojskowe, to było przysposobienie wojskowe w szkole. Trzeba było sobie kupić mundur, pas, odznaki (to jeszcze mam), z herbem na czapce i tutaj na patkach. Przez rok dali nam wycisk. Uczył nas sierżant z 10 Pułku Strzelców Konnych. Mieliśmy takie podstawowe rzeczy: musztra, strzelanie z broni małokalibrowej. Strzelnica była na ul. Żardeckiego. W 1939 roku wszystko się „rozleciało”. Wszyscy rozeszli się.  Jednak miałem kontakty z moimi kolegami z Łańcuta. Także to moje AK, to była młodzież z Łańcuta z gimnazjum i liceum. Ci, co tam leżą na cmentarzu, to moi znajomi (oprócz ks. Tęczy).   
    Z początku nie było żadnej organizacji. Myśleliśmy: jest wojna, to trzeba jakąś broń przygotować. Przecież my nie możemy być pobici! Przecież jesteśmy silni, zwarci, i gotowi. „Nikt nam nie zrobi nic, z nami jest Śmigły-Rydz.” To, że my możemy przegrać tę wojnę, nam się nie mieściło w głowie. Mój szwagier był przed wojną działaczem Związku Młodzieży Wiejskiej. To był ten związek, który współpracował z rządem. Nie był związany ze Stronnictwem Ludowym i potępiany jako „komuniści”. Szwagier przyszedł do mnie i kolegów (było ich wtedy czterech, pięciu) i mówi: „Chłopcy, jest organizacja”. Organizacja ta nazywała się Związek Walki Zbrojnej (dopiero w 1942 roku zmieniła nazwę na Armia Krajowa). No to, dlaczego nie przystąpić? Kolegą szwagra był Henryk Puziewicz, ps. „Batura”. Na Wielkiej Woli było kilku działaczy ZWZ: Balicki, Klimczyński, Paczocha. Szwagier nas organizował. Odebrał przysięgę i staliśmy się żołnierzami. Pochwaliliśmy się, że myśmy już mieli karabin, i dwa pistolety.
A skąd mieliście? Kupowaliście? Czy ktoś wam podarował?
Proszę pani, wtedy z bronią nie było kłopotu. Ojciec mojego kolegi miał pozwolenie, więc miał dwa pistolety i karabinek małokalibrowy. Karabin też się znalazł. Była więc organizacja. Pozbieraliśmy tych naszych kolegów. Najniższa komórka organizacyjna Wojska Polskiego to była drużyna: 18 +1 – dowódca drużyny i osiemnastu ludzi, więc myśmy tych osiemnastu pozbierali szybko. Trochę kolegów ze wsi, a reszta to było Gimnazjum i Liceum Henryka Sienkiewicza. Oni tam też mieli organizację. Większość to była młodzież w naszym wieku: siedemnaście, osiemnaście lat. Wkrótce pojawiła się gazetka „Odwet”.
Już w 1939?
 Nieco później. 
Już wtedy mieliście ćwiczenia?                            
Ćwiczenia były później. Był taki porucznik, pseudonim „Iskra”, nazywał się Stysioł  .
On później zginął, gdzieś w drodze w kierunku Żołyni.
Sam winien. On miał wygląd podejrzany, to było widać. Żeby wziął sobie dla kamuflażu motykę, grabie... Ale i tak potrafił z Dąbrówek przejść aż na dużą plażę przy Wisłoku na wysokości Małej Woli. Po drodze zakopał meldunki, pistolet. Przeszedł przez Wisłok i po tej stronie Wisłoka myśmy go ratowali już. Szkoda człowieka. Niepotrzebnie zginął, niepotrzebnie…
Została więc zorganizowana tzw. „Podchorążówka” na podstawie regulaminu Wojska Polskiego - piechoty. Ten porucznik „Iskra” pracował w Wojskowym Instytucie Geograficznym, fachowiec. On przychodził i prowadził zajęcia w grupach. Ten regulamin trzeba było przepracować, potem był egzamin. Zdawaliśmy go w jakimś domku za miastem. Zdawało nas kilku. No i dostaliśmy stopień „podchorąży kapral”. To był mój pierwszy stopień. Potem się o tym dowiedziałem, dopiero po wojnie, bo u nas nie było na to dokumentów. Nie było nic. Informacja ustna. Meldunki nie były mile widziane. Zdjęcia to samo…     Nasze dowództwo było w Warszawie, mieli  kontakt z Londynem. Także moje nominacje, odznaczenia, wszystko mam z Londynu, drogą służbową. Ćwiczyliśmy na polach. Trzeba było zbierać broń. Koledzy mieszkali koło dworca kolejowego. Tam już wtedy było widać przygotowania do wojny. Niemcy się nie kryli. Już wiadomo było, że oni uderzą na ZSRR. We wsiach było masę wojska. Transporty, jeden za drugim. Trochę było śmiesznie, bo ciągle szły transporty ze Związku Radzieckiego. Ropa - ogromne cysterny ropy, zboże -  wszystko, co Niemcy chcieli, to Ruscy im dawali. W dzień przed atakiem, 21 czerwca 1941 roku, jeszcze podstawili do Przemyśla cały skład. Dzięki temu na pierwsze dni wojny Hitler miał zaopatrzenie od Ruskich. Myśmy mieli już jakiś wywiad, kolega notował te wszystkie transporty i przekazywał dane, co tam się wiezie itd. To już był zorganizowany wywiad. Jak to było zorganizowane, to ja nie wiem.     Nas interesowała broń i przygotowania do wojny, a więc ćwiczenia. Ćwiczenia w strzelaniu były albo w piwnicy lub gdzieś na polach, albo trzeba było iść do lasu i trochę postrzelać. Niedużo, bo nie było amunicji. Jak była amunicja do Mausera, lub broń austriacka Malichera, albo trochę ruskiej, to trzeba było wszystko pozbierać.
Gdzie odbywały się szkolenia w terenie?
W okolicy: Węgliska, Rakszawa, Wola Dalsza.
W tych lasach pewnie?
Tak, bo nasza placówka nr 3 właśnie była na tym terenie.
Jak wspomniałem, nasi koledzy Kazek i Zbyszek Szwaczowie mieszkali koło dworca kolejowego. Myśmy prawie co dzień mieli zbiórkę u nich i patrzyliśmy, co pojedzie. Gdy transport zatrzymywał się, to kolejarze i maszyniści z Rzeszowa mówili: „Panowie, w tym wagonie coś jest: amunicja, czy broń”. Wtedy się włamywaliśmy: ręcznie się te wajchy przewracało. Niestety, kolejarze zapłacili później za to: Albrzykowski i Kogut zostali złapani pod koniec okupacji i rozstrzelani… Zabieraliśmy też Niemcom plecaki. Gdy jechał transport niemiecki na front wschodni, to żołnierze mieszkali w wagonie krytym, a na platformie były wozy - furmanki i na nich były ich plecaki. To było przykryte brezentem, z boku była zapinka. Im większa plucha, śnieżyca, zadymka, tym było dla nas lepiej. Kaśka „Graczmanka” miała kiosk z piwem na dworcu. Żołnierze szli na piwo, a to był teren spokojny, więc transport był do naszej dyspozycji. Trzeba było tylko pracować- zrzucać, ile się dało. Był czas, że czterdzieści plecaków. Wiele osób myśli, że myśmy mieli oficerów zawodowych, którzy byli doświadczeni. Oni byli doświadczeni w koszarach, ale konspiracji uczyli się wszyscy, a im było trudniej się uczyć, niż nam. Myśmy to okradanie niemieckich wagonów traktowali głupio, młodzieżowo. Raz pan podporucznik mówi: „Panowie, ja się w życiu bałem różnie, ale tak jak się teraz bałem, to nigdy w życiu.” Myśmy się nie bali.
W plecaku Niemiec nie miał tego, co Ruski. Miał tylko drugą parę butów, bieliznę, broń, a mnie najwięcej cieszyły instrukcje o broni. Tam było wszystko opisane. Więc „wyrosłem” na specjalistę od niemieckiej broni. Karabin maszynowy MG 34, 42, pistolet maszynowy. Pistolety, granaty-to wszystko miałem w małym palcu dzięki instrukcjom. Tłumaczyłem te instrukcje na polski, potem moje broszury się rozchodziły wśród akowców. Chodziłem na Węgliska, do Rakszawy, na Wielką Wolę, na Kąty  i niosłem na szyi ten karabin maszynowy (bo on się dał złożyć na pół), na to kurteczka, jakiś pistolet dla obrony i trzeba było szkolić ludzi. Były  zebrania, trzeba je było przygotować. To było moje zadanie. Miałem funkcję podoficera broni. Cały czas chodziłem wysmarowany, bo wtedy ta broń była zakopana. Ludzie przynosili, trzeba było ją wyczyścić i uruchomić. Część broni była w bardzo dobrym stanie, jeżeli była schowana pod dachem. Wystarczyło ją tylko sprawdzić. Przypuśćmy, że był karabin niemiecki wielostrzałowy, miał z przodu na lufie taką tulejkę. Jeżeli się jej nie wyczyściło to tulejka zardzewiała, wystrzelił raz i tyle. Przynieśli do mnie, mówią że  zepsuty. Jaki zepsuty? Wystarczyło tylko wyjąć tulejkę, posmarować i był dobry.     Byłem wzywany. To już było pod koniec wojny. W Tryńczy  był most. Ten most był pilnowany, to była jeszcze wartownia austriacka i tam byli nasi koledzy też z AK. Mieli karabin maszynowy, ale „ani be, ani me”. Więc jechałem pociągiem do Tryńczy i tam ich uczyłem. Do Palikówki  raz jechałem. Też mieli karabin maszynowy… Żeby mieć broń,  trzeba było tę  broń z transportów kraść, można też było od niektórych Niemców kupić. To znaczy, ja nie wierzę, żeby Niemiec sprzedał, ale były wojska węgierskie. Od nich się dużo kupiło. Akurat u nas nie było broni kupowanej. Najwięcej było kradzionej, no i trochę wyzbieranej z tego, co ludzie mieli pochowane. Co tu dużo mówić: to było szabrowane. Przecież było dwadzieścia lat Polski. Ludzie służyli w  wojsku. Taki mój krewniak mówił: „Człowieku, ile ja karabinów przyniosłem!”, ale jak przyniósł karabin, to obciął go w połowie i on służył do kłusownictwa. Czyli tej broni trochę było, nie można powiedzieć.
     Nasza drużyna powinna mieć osiemnastu ludzi, a miała czterdziestu, i praktycznie każdy miał karabin. Później pojawiły się pistolety maszynowe. Krótkie, ładne, zgrabne. Potem już mieliśmy karabin maszynowy składany, bo był transport broni wybrakowanej. Co się dało to żem ukradł i z tego się dało poskładać karabin maszynowy. Potem był problem amunicji. Jej zawsze było za mało. Niemiecki karabin maszynowy strzelał 1200 strzałów na minutę. To wystarczało na minutę strzelania. Mieliśmy dwie skrzynki w każdej po trzysta sztuk. To było bardzo mało.            
    Z  początku się niewiele działo. Ale.. w którym to roku było? Na Wielkanoc była wsypa. Jeden z naszych, nawet kolega ze szkoły taki Cebulak, gdzieś pochwalił się do kogoś o organizacji, nie wiedząc, że to jest konfident, więc zamknięto go. To było w Żołyni . Siedział na posterunku i zaczął sypać i tam zostało zamkniętych, jakichś sześciu, czy siedmiu. Wszyscy byli w organizacji. Nam zależało na ich uwolnieniu. Tam był taki „Lis”, dowódca z Kosiny  i „Złom” -  nasz dowódca drużyny, zawodowy sierżant. Coś trzeba było zrobić i wtedy „Batura” - to był wówczas  dowódca naszej organizacji, wydał rozkaz, żeby ich odbić. Na Wielkanoc, na Wielką Niedzielę. Ja przy tym nie byłem, ale osiem karabinów wzięli ode mnie i zrobili akcję. Tego posterunku pilnowali Ukraińcy. Zamiar był taki, że trzeba wysadzić drzwi ładunkiem wybuchowym. Ładunek nie odpalił. Dobrze, że mieli łomy i inne narzędzia. Drzwi się nie dało wyważyć. Przystawili drabinę i przez strych, przez piętro weszli do środka. Ukraińcy uciekli w bieliźnie, zostawili tylko karabiny. Na dole w piwnicach byli ci nasi. Zmaltretowani byli okropnie, niektórych trzeba było wynieść. I wszystkich uwolnili, dali im kwatery odpowiednie. Później była pacyfikacja. Żołynia zapłaciła za to . To była pierwsza taka akcja na tym terenie, zbrojna akcja. Dla nas to był taki sprawdzian .
Ja jeszcze tak prozaicznie zapytam: jeżeli mieliście tyle broni, to czy mieliście jakiś magazyn, czy każdy w domu to ukrywał?
Z początku każdy trzymał w domu. Nasza placówka obejmowała: Węgliska, Dąbrówki, Czarną, Wolę Małą, Wolę Wielką, Kąty … To była placówka nr 3  , a nasza drużyna była trzecia w kompanii. Każdy trzymał broń w domu. Potem przyszło zarządzenie, by  organizować schron na broń. W lesie na Czarnej był gajowy Pasierb. To był nasz szef kompanii, żołnierz, z wojskiem obyty. Wykopali w lesie takie pomieszczenie, jakieś cztery na cztery metry. Ono było w środku wyłożone deskami i przykryte. Wejście to był kwadrat takiej wielkości, żeby się człowiek zmieścił. Przykrywało się go zamaskowanym wazonkiem, w którym posadzony był świerk, sosna, jodła, czy coś takiego. Aby wejść trzeba było wyjąć ten wazonek. Świerk nie mógł być przyschnięty, lecz zawsze świeży. Ja tam byłem tylko raz. A broń kazali zgromadzić na akcję „Burza”, która była planowana. Nie wszystka broń tam się dostała. Część sobie niektórzy schowali. To była broń „legalna”, ale każdy miał jeszcze coś dla siebie, bo to się mogło przydać. 
A jakby Niemcy znaleźli w domu broń?                            
Nie było szans:  Oświęcim, albo rozstrzelanie na miejscu. Broń nie mogła wpaść, nie mogła! Za zabicie świni się szło do Oświęcimia, za żarna można było iść do obozu, za gazetki. To się nie da opisać! Trzeba było też pilnować tzw. „kapusi”. Myśmy w zasadzie byli pewni, bo nie było donosicieli. Ale potem Stronnictwo Ludowe (SL) zorganizowało też akcję zbrojną. Też mieli broń i organizację Bataliony Chłopskie, oraz wydzielony dział Straż Chłopska. Dużo u nich było komunistów. Jeżeli to nie byli komuniści, to byli lewicowcy, a więc: parcelacja, wszystko będzie chłopskie. „Będziemy rządzić, a tych oficerów, tych obszarników, tych innych, to trzeba będzie trzymać krótko!”. Straż Chłopska  nawet była wrogo nastawiona do nas. Według nich myśmy byli tymi, którzy walczą o „Polskę sanacyjną”.  A tak naprawdę nas polityka nie obchodziła. Polska, jaka by nie była, byle była wolna, to było ważne. Dopiero potem, jak będzie Polska, to będziemy się starać, co to będzie za Polska. Jeden z nich był chyba przy budowie tego schowka z bronią, bo nastąpiło połączenie Batalionów Chłopskich, ale nie wszystkich oddziałów. Zostawili sobie trochę swoich zaufanych. Jeden z nich wsypał nasz schron. Wtedy już było NKWD. Przyjechali, odkopali dookoła, ponieważ bali się, żeby nie był zaminowany, i zabrali co tam było. Nie wiem, ile było tej broni. Chyba dużo nie zostało, bo ten, który wsypał schron, trochę wyniósł i sprzedał. Ale tam niektórzy schowali sobie kożuchy, bo bali się, że jak przyjdą Ruscy, to będą zbierać kożuchy… Teraz się zastanawiam: „Dobrze, że schron wpadł, czy niedobrze? Bo jakby ta broń była dalej u naszych, to jeszcze trzeba by było siedzieć. Proszę panią! Wtedy, gdyby UB znalazło karabin, to dwa, trzy lata siedzenia, a co oberwał na grzbiet, to jego rzecz. Trzeba było się przyznać: „Masz jedno, to jeszcze wiesz o drugim. Kto jeszcze ma broń?”
    Akcje, w jakich braliśmy udział. Byliśmy grupą dywersyjną, która zajmowała się tymi kradzieżami na dworcu, ale oprócz tego zajmowaliśmy się „małym sabotażem”. Nie wolno było strzelać do Wermachtu, chyba że w obronie. Zastrzelić żołnierza, to i głupi potrafi. Wolno było zabić żandarma, gestapowca, ale też trzeba było uważać. Gdy zastrzeliło się takiego, to życiem płaciło 10-50 Polaków i kto by za to odpowiadał? Były wypadki.             W Łańcucie zostało zastrzelonych trzech żołnierzy niemieckich. Opalali się i takie młokosy ich zastrzeliły. To byli frontowi żołnierze. Tamci chłopcy chcieli ich rozbroić. Niemcy wtedy chwycili za broń, a oni ich zastrzelili. Cudem, że potem nie było pacyfikacji. Jakoś tak rozeszło się po kościach.    Był jakiś wypadek na drodze pomiędzy dworcem kolejowym, a Księżymi Polami. Jeden  żołnierz niemiecki zastrzelił drugiego. Nie wiadomo, o co poszło. Targowali się, kłócili się o coś, a potem padł strzał.        Akcja, która była naprawdę poważna, to była wyprawa do magazynu w Sarzynie.
O właśnie, leśny magazyn broni…
 Olbrzymia wyprawa, siedem furmanek parokonnych. Tam były granaty, wzięliśmy ich dużo. To były granaty angielskie, ale bez zapalników. Z tym, że nikt nie wiedział, że są bez zapalników. Ja to odkryłem. Rozkręciłem, patrzę się: owszem, granat jest w porządku. Potem była druga wyprawa, żeby zdobyć zapalniki. Jechało siedem furmanek. Rozjechały się później w okolice. Poza tym, co tam było jeszcze do wzięcia? Różna amunicja. Niemcy w tym magazynie trzymali to, co zdobyli na Ruskich: dużo broni różnego typu. Tam był taki „Manierka”.
Tadeusz Betka „Manierka”.
Tak. On tam się czuł, jak u siebie w domu. W czasie tej akcji szedłem rozsznurować  ogrodzenie. Ci żołnierze, którzy pilnowali, niezbyt czuwali w nocy. Spali gdzieś i można było po cichu przenieść „łup”, załadować na furmanki i jakoś ubezpieczyć je.   
W takich akcjach zbrojnych jak ta w Żołyni nie brałem udziału. Natomiast była wyprawa za San. Tam była nasza grupa, zbieranina około stu kilku ludzi. Był taki obóz za Sanem i mnie wydelegowali tam na szkolenie z karabinem maszynowym. Szła nas też grupa około stuosobowa. Mieliśmy jakoś przejść przez San i dołączyć do tamtych. Doszliśmy do Sanu. Wtedy dopiero poznałem, co znaczy brak organizacji. San wezbrany, równo z brzegami. Co robić? Znaleźli jakąś łódź, która była dziurawa. Łatali ją świeczką, przeciągnęli drut i przewieźli pierwszą grupę. Jak policzyli, ile trwało przewożenie tej grupy, to trzeba by do południa następnego dnia jeszcze wozić. Więc dali spokój. „Dobrze, idziemy zdobywać prom w Starym Mieście!” Prom był pilnowany - była drużyna dziesięciu Niemców. Mieli karabin maszynowy. Niemcy zauważyli, że coś się dzieje (ale nie wiedzieli dokładnie co) i zaczęli strzelać, ale nie do nas. Oni byli nastawieni na strzelanie na wschód, bo spodziewali się ataku od wschodu. To była noc, żołnierze wyskakiwali w piżamach. Strzelanina była chaotyczna: nasi mieli karabin maszynowy polski wzór 28 i nie umieli go przestawić na ogień ciągły. Liczyłem, że sobie też postrzelam, ale to nie było sensu. Nasza grupa zrezygnowała z przejścia przez San. Akcja została potem oceniona dobrze, bo nie było żadnych strat po naszej stronie, w Kuryłówce i Starym Mieście  też nie było potem aresztowań. Ale mieliśmy „w nogach” pewnie ze siedemdziesiąt kilometrów. Dowlekliśmy się w końcu do Czarnej, po drodze musiałem oddać mój karabin maszynowy z amunicją. Nie wiem, jaka była obsługa, przecież po drodze mogli zorganizować wyżywienie, bo to trwało dość długo. Czy była obsługa sanitarna, czy był lekarz? Rozeznania, wywiadu nie było żadnego. To była improwizacja w najgłupszym stylu! Dopiero teraz to oceniam. Ta wyprawa jest opisana kilkakrotnie, różnie, przeważnie są zmyślenia niesamowite.  Nie sprawdzono nawet, czy prom płynął. Woda była równo z brzegami. Prom mógł być już nieczynny. Zresztą to nie miało sensu i dobrze, żeśmy wrócili, bo potem tam była katastrofa w Kuryłówce, to pani wie.
Proszę o tym opowiedzieć. Coś mi się tylko obiło o uszy.
Kuryłówka to otoczona lasami wieś koło Leżajska, po drugiej stronie Sanu. To była w połowie wieś ukraińska, w połowie polska. W lasach obok wsi był nasz obóz, już wcześniej ta grupa tam przyszła. Robili ćwiczenia, marsze tam były, śpiewy - życie obozowe. Mieli postawione szałasy. W każdym razie to już były przygotowania do akcji „Burza”. Mieli zamiar przenieść się dalej na wschód, bo w okolicy zaczęli się kręcić Ukraińcy i Niemcy. Nasi mieli furmanki, a na nich broń. W czasie tego marszu w nocy natknęli się na zasadzkę. Zostali ostrzelani. Jak można prowadzić walkę z kimś, kto już jest przygotowany? Grupa troszkę rozleciała się, potem jednak pozbierali się i wrócili z powrotem na to samo miejsce, i wtedy dowódca „Szpak” został postrzelony w nogę. To nie było nic groźnego. Został przeniesiony do jednego domu blisko Sanu. Tam spał na łóżku i dostawał jeść. Nawet spodnie mu wzięli do wyprania. Przyszedł lekarz i opatrzył go. Mieli go przetransportować na „naszą”, drugą stronę Sanu. Gdyby zrobili to od razu, to byłoby dobrze, ale stało się inaczej. On miał obstawę, siedmiu naszych. To są ci, co są pochowani w grobowcu AK na cmentarzu w Łańcucie. Oni zrobili sobie „sielankę”, zamiast robić ubezpieczenie, kogoś na strychu postawić, patrzeć się. Nadjechali „Kałmucy”. To byli Ukraińcy, czy Rosjanie w służbie niemieckiej.  Wpadli tam na koniach. Nie wiem, jak to było, rzekomo, poszli wziąć słomę, bo mieli świnkę do opalenia. I tam zastali naszych. Oni się trochę bronili, ale nie mieli szans. Zastrzelili wszystkich, [Ernesta Wodeckiego] „Szpaka” też. Kazali zakopać ich tamtejszym ludziom. No i sielanka się skończyła. To był koniec wojny. Dopiero potem, jak już byli Ruscy, trzeba ich było ekshumować stamtąd i przenieść do Łańcuta. Rodziny zabitych za własne pieniądze wybudowały grobowiec. Pochowano w nim jeszcze „Iskrę”,  księdza Tęczę  (nie znałem go), i jeszcze kilku, w tym Wawrzkiewicza . W grobie jest ich więcej, ale naszych, tych z ochrony „Szpaka” jest siedmiu. Oni są wymienieni na nagrobku. Te straty były niepotrzebne, to był już 1944 rok. Nie zginęliby gdyby to było fachowo, po wojskowemu przeprowadzone, gdyby był zrobiony należyty wywiad, obserwacja. Oni się czuli za pewni siebie. Jak tak można, jak można! Gdy to wszystko przeanalizowałem, to stwierdzam, że te wszystkie straty w 1944 roku były niepotrzebne. Ci ludzie mogli żyć. 
   Były dwa zrzuty w Rakszawie  na polach. Samoloty najpierw latały z Anglii, ale to było daleko, a potem utworzyli taką grupę koło Brindisi we Włoszech i tam była eskadra. Czterosilnikowy samolot, dużo nie mógł wziąć ładunku, bo musiał mieć paliwo na drogę tam i z powrotem, a i tak na resztce paliwa wracał. Co nam zrzucali? Broń, mundury, trochę amunicji. Podczas jednego zrzutu zeskoczyło sześciu cichociemnych i zrzucono nam trochę ładunku. Taki Skórski z Dąbrówek złapał jednego z tych skoczków, rzucił mu się na szyję, wycałował go, „laboga!”, cichociemny ucieszył się na takie powitanie. Mówi: „Panie kolego, coś by panu wypadało dać, no co ja panu dam?” Wyciągnął „siódemkę” – pistolet 7,65. Skórski z nami nie chciał rozmawiać! Mówi: „No co wy, dziady, macie za pistolety? Jakie pistolety?” On miał „prawdziwy” pistolet. Przy drugim zrzucie nie byłem osobiście. Byłem wtedy na ubezpieczeniu, bo od strony Leżajska było ubezpieczenie oraz od strony Łańcuta. Ja byłem od strony Łańcuta, więc wtedy nie widziałem tych ludzi, co zeskoczyli, ale potem się z nimi spotkałem.
Kiedy był zrzut, to jakieś ogniska się zapalało, dawało się jakieś znaki?
Najpierw radio w Londynie nadawało odpowiednią piosenkę. Wtedy było wiadomo, że na ten teren przyleci samolot. Natomiast nie wiedzieliśmy, czy on przyleci do Rakszawy, bo tych punktów było kilka. Trzeba się było przygotować, obstawić teren, zabezpieczyć, no i czekać. On przylatywał zwykle gdzieś około dwunastej. Światełkami zamigotał, a tam trzeba było zrobić światła sygnalizacyjne przy pomocy latarek, albo zapalić ognisko, to było z góry ustalone. Wtedy się obniżał i dokonywał zrzutu. To oczywiście nie było w jednym miejscu. Był pewien rozrzut. Jeden kontener gdzieś powiesił się na drzewach, więc szukali go długo. Furmanki czekały i to wszystko trzeba było załadować na nie. Tych panów też trzeba było odpowiednio porozmieszczać. Potem należało zatrzeć wszelkie ślady.                      Było jeszcze inne zdarzenie. Szliśmy za San. Słyszymy, że leci samolot. To była noc, coś około dwunastej. Koledzy mówią: „O, Niemiec się wybrał, ciekawe gdzie w nocy?” W nocy Niemcy mało latali. Ja mówię: „ Panowie, to nie jest niemiecki samolot” - wydawał piękny, metaliczny dźwięk. „On jest angielski, zobaczycie”- lotnictwo to było moje hobby. Leciał na zrzut, nie wiem gdzie i Niemcy go ostrzelali, gdzieś nad Budapesztem. On się wlekł tutaj, żeby wylądować po stronie rosyjskiej - już wtedy granica [frontu] była na Sanie. Załoga wiedziała, że nie doleci. Silniki już się kończyły, więc wyskoczyli prawie wszyscy. Został chyba tylko pilot i przymusowo lądował koło Leżajska . Dostał się do niewoli. Tymczasem nasza grupa była w lesie, czekaliśmy na ten marsz za San. Tym lasem zajmował się gajowy Szozda, a jego syn Ignaś, taki dryblas jak ja,  szedł z nami. W pewnej chwili mówi: „Panowie, są Anglicy. Jest Anglik u ojca i trzeba, żeby ktoś poszedł porozmawiać.” Z nami był rodowity Anglik. Gdy były lądowania pod Dieppe, dostał się do niewoli. To był żołnierz piechoty. Był w obozie jenieckim, gdzieś w Polsce, uciekł z tego obozu i przeszedł na Sanie granicę do Ruskich. Ruscy go złapali i uznali, że to szpieg. Uciekł od Ruskich, wrócił z powrotem i ukrywał się u Sowy w Soninie. Nazywał się John Bloom. Gospodarz, u którego mieszkał miał dwóch synów, obaj byli w AK, oraz córkę Kasię. Ja tam byłem raz w niedzielę. Anglik mówi: „Jak to u was jest? Kasia to jest Kasia, a na obiad jest kasza!” Nie mógł tego pojąć różnicy w wymowie. Polubił tę Kasię, później się pobrali i wyjechali do Anglii, mieli dwóch synów. Bloom wyszkolenie miał idealne. On potrafił leżeć z karabinem, odbić się rękami i nogami i od razu się znalazł metr obok, ale jak przyszło do strzelaniny, rzucił karabin i dawał dyla. Ja mówię: „Bloom! Tak to u nas się nie robi, że się ucieka z karabinem” Kupę śmiechu było z nim… W każdym razie wtedy w lesie wysłaliśmy Johna do gajowego. Okazało się, że ten Anglik i John Bloom mieszkali w Londynie na sąsiednich ulicach. Z początku ten Anglik nijak nie mógł dojść do tego, że w końcu ma krajana.
Nie mógł do końca uwierzyć.
Oni wszyscy trafili w dobre ręce. W samolocie było ich chyba dziesięciu. Nie wiem, czy akurat wtedy ten samolot do zrzutu był w pełni uzbrojony. Bo ten typ z przodu miał cztery karabiny maszynowe, we wieżyczce na górze cztery, w ogonie cztery, z boku po jednym. Do dziesięciu ludzi w takim samolocie było (w tym pilot, drugi pilot i nawigator), ale to był kolos. 
Proszę jeszcze o opowiedzieć Akcji „Burza”.
    Plan „Burza” przewidywał, że gdy wkroczą Rosjanie, Armia Czerwona, to my, jako organizacja mamy wystąpić i pomagać im. A więc wtedy dopiero mamy wystąpić legalnie przeciwko Niemcom, razem z nimi. To się na niektórych terenach udało, ale nie wszędzie. Na naszym terenie Rosjanie mieli przyjść od Przeworska, ale oni doszli do Jarosławia i zatrzymali się. Lasami przez Dąbrówki posuwali się w kierunku na Rzeszów. Łańcut znalazł się w takich jakby kleszczach. Co tu można było zrobić? Niemców nie ma sensu bić, bo na polach Małej Woli stały czołgi niemieckie, „tygrysy”. Piechota była nad Wisłokiem i oni byli nastawieni na las na Dąbrówkach, bo tam już byli Rosjanie. Artyleria radziecka wystrzeliła parę pocisków:  koło leśnictwa w Dąbrówkach jest taki duży krater. Tam stał niemiecki transporter z amunicją, trafili go. Potem jeszcze przez jakiś czas niemieckie mundury wisiały po drzewach… Od wschodu Sowieci byli jeszcze daleko: może Przeworsk, Jarosław. Były też jednostki radzieckie w górach. W każdym razie, kogo bić? Niemców na tym terenie nie było sensu, bo tu była cała armia. Byliśmy nastawieni na walkę, ale na tym nastawieniu się skończyło. Oczywiście postrzelali sobie BCH-owcy i nasi na wycofujące się oddziały niemieckie. To były takie drobne akcje, np. w Borku Starym. Tam parę dni była Polska. Potrafili odbić więźniów, ale na tamtym terenie są góry, krzaki, warunki ku temu. U nas nie było żadnych. Nie udało się uratować elektrowni. Był patrol dywersyjno-minerski Józefa Lenara „Piłki”. Byłem pewny, że oni się zajmą elektrownią. Wysłałem ludzi z naszej drużyny. Doszli do Księżych Pól. Na Księżych Polach stała bateria niemiecka. Przyjechali wieczorem i w nocy czekali, rano zwinęli się i pojechali na zachód. Także wrócili. Elektrownia była do odratowania. Szkoda.
Gdzie była ta elektrownia?
Obok plebani, na północ. Tam był taki duży pagórek. Na tym pagórku stała wieża strażnicza. Pagórek został zniwelowany w 1911 roku chyba i tam została wybudowana elektrownia. Na tym pagórku były jeszcze zbiorniki na paliwo. W elektrowni były trzy silniki Obersdofskiej Fabryki Maszyn (Obersdorf  bei Wien). Ja tam pracowałem w elektrowni w czasie okupacji. Można było ją uratować, no ale, niestety… Tam przy elektrowni swoją pierwszą służbę w Łańcucie miał Kokott. Chłopaczek przyjemny, miły, no dosłownie „do rany przyłóż”. Potem się wsławił. Na Kokotta był wyrok, ale jak go zabić? Nie sztuka było zastrzelić, ale co potem? Były dwie takie dziewczyny, które oddawały się Niemcom. Też był na nie wyrok, a moi koledzy byli w sekcji egzekucyjnej. Poszli zatłuc, ale tak, by nie było śladu. Trzeba było dołek wykopać. Na człowieka dołek to nie mało co. Musieli się narobić.
Wiem, że jedną z nich jakoś udało się zlikwidować.
To moi koledzy zrobili. Zaraz po fakcie byli wieczorem u nas. To stało się przypadkowo, oni nie szli na likwidację, tylko na kwaterę. Idą, a po drodze siedzi Niemiec z dziewczyną. Najpierw zastrzelili jego. Wtedy dowiedzieli się, kim ona jest. Raz strzelili i, co tu dużo mówić, dokończyli ostrym narzędziem. Już nie strzelali. Trzeba było zakopać obydwoje. Gdzieś tam znaleźli łopaty. To były wszystko pola dworskie, tam nie było żadnego domu. Rano przyjechał ciągnik, czy furmanka, zagrabali ładnie teren. Niemcy się naszukali tego żołnierza okropnie. Ale na dworcu kolejowym pani, która sprzedawała bilety w kasie powiedziała, że tu żołnierz niemiecki razem z kobietą kupowali bilety. Więc wtedy Niemcy uznali, że on zdezerterował i na tym się skończyło. A ta druga dziewczyna, ona też powinna dostać wyrok, ale przyjaciel jej cioci coś tam pozałatwiał. Nie wiem, jak to się stało, że ona przeżyła. Wyszła za jakiegoś Niemca, miała dziecko, także jej się udało…
    Wracając do Akcji „Burza”. W niedzielę przyszli Rosjanie i zostaliśmy wyzwoleni. Może to i lepiej, bo wszelka walka z Niemcami w tym czasie byłaby trudna, bo mimo wszystko do końca było to zorganizowane wojsko. Tam nie było popłochu. Nie było jakichś dezerterów. U Ruskich to była banda, rabunek, złodziej. Napady na dziewczęta, gwałty. Dopiero wtedy tę  różnicę poznano. No i mówili: „My na waszej ziemi. Nam nie nużno waszej ziemi .No u nas mnogo. Tylko my chcemy wam pomóc. A gdzie wasze naczalstwo?” My wiedzieli, gdzie nasze „naczalstwo”- w Warszawie, a Warszawa była wtedy w powstaniu. Gdy było Powstanie Warszawskie to padł rozkaz by iść na pomoc walczącej Warszawie. Ale maszerować można było tam, gdzie byli Niemcy - jak się weszło do lasu, to można było spokojnie iść. Ale tam, gdzie byli Ruscy, to nikt nie wiedział, gdzie oni są. Oni siedzieli w krzakach i kopali ziemiankę. Nie poszedł do chłopa spać, tylko w ziemiankach nocował. To było coś niesamowitego.  Gdy chłopcy poszli na pomoc powstaniu (było tam trochę naszych z Łańcuta) to w lasach koło Sokołowa ich zatrzymali. Część mądrzejszych uciekła. Uratowali trochę tej amunicji, a ci, których Ruscy złapali, zostali wcieleni do armii Berlinga.
Te pierwsze frontowe oddziały radzieckie nie mieszały się do polityki. Ale potem przyszło NKWD i coś już oni myszkowali, kto ma broń, gdzie jest organizacja i wtedy więzienia się zapełniły. Tym bardziej, że mieli ogromnie chwytliwą propagandę. Oni chcieli nam „pomóc”.
Wyzwolili nas, a potem jeszcze chcieli dzielić po równo.
Oczywiście, wszystko będzie społeczne, fabryki będą nasze, wszystko pięknie, wszystko będzie nasze. Chłop dostanie ziemię na parcelację. Na Woli Małej był piękny folwark. Te wszystkie tereny Potockiego koło miasta zostały rozparcelowane. Nasi chłopi cieszyli się, ale potem trzeba było zrobić kolektywne gospodarstwo i musieli myśleć, co robić, żeby go nie było. Tak, że radość trwała krótko. No, ale w sumie musimy uznać: szkoła była dla wszystkich, studia za darmo.
Trochę ziemi rozparcelowanej ludzie dostali.
Ci ludzie się wybudowali, część sprzedali. Wszystkie osiedla koło Łańcuta powstały na terenach Potockiego. To są fakty.
Spytam o sprawy organizacyjne. Byliście podporządkowani pod Inspektorat Rzeszów, czy tu w Łańcucie był Inspektorat?
To był Okręg Kraków, Podokręg Rzeszów. Nasza drużyna z Rzeszowem bezpośrednio nie miała żadnego kontaktu. Nasze dowództwo miało na pewno kontakt z Inspektoratem.
Mój znajomy też brał udział w akcji „Burza”, należał do AK. Jego oddział był zlokalizowany na pagórkach między Jasłem a Pilznem. Mówił, że oni dostawali żołd od  rządu londyńskiego. 
Czy to u was też występowało?
Nic podobnego. Opłacani byli tacy, którzy byli praktycznie „na stałe”. Człowiek, który ukrywał się lub pełnił jakąś konkretną funkcję. Oni dostawali dolary, ale na pewno nie my. Myśmy siedzieli u mamy i taty. Mundury były zrzutowe. Na Akcję „Burza” były piękne mundury, ale nie było ich dużo, ale dolara nie widziałem. Może były zapomogi dla niektórych, gdy np. zastrzelili ojca,  to wtedy matka, czy dziecię dostawali zapomogę. Ci skoczkowie to mieli pas, a w nim były grube tysiące. To nie było dwieście dolarów. 
Proszę jeszcze opowiedzieć: czy mieliście jakieś wspólne akcje z Batalionami Chłopskimi?
    Bataliony Chłopskie to byli fachowcy do ważenia samogonu. Ja ich uczyłem o karabinach maszynowych. Praktycznie oni się z nami połączyli, ale do końca zachowali swoją polityczną działalność. U nich polityka była ważna. U nas o polityce się nie mówiło, najważniejsze żeby była Polska. Byliśmy organizacją wojskową. Armia Krajowa- nas było 300 tysięcy zaprzysiężonych, ale jakby to wszystko policzyć... Na przykład ja byłem zaprzysiężony, ale ojciec, siostra i matka mi pomagali, to też było wojsko. Może czasem i więcej zrobili, niż ja. Oni tę broń przechowywali także. Nawet szkoliłem BCH.    Potem dwóch takich, szkolonych przeze mnie, goniło mnie po wojnie, żeby mnie aresztować.  U nas we wsi było dwie drużyny BCH i jedna AK. Ilościowo było ich więcej. Oni z BCH grali w karty, pędzili samogon i też, jak komuniści, czekali na parcelację. Pod koniec wojny przyszli do nas, żeby im dać broń. Ja powiedziałem: „No to nie wiecie, gdzie się kupowało broń? Trzeba było ukraść, trzeba było coś robić, żeby ją zdobyć”. Nie mieli nic, myśmy ich szkolili naszą bronią.
Czy z komunistami mieliście do czynienia, z Armią Ludową?
Armii Ludowej proszę pana to u nas nie było. Było parę „sztuk” że tak powiem, w Rakszawie. Oni tam mieli komórkę, chyba pięciu ludzi. Byli w Białobrzegach. Tam taki Basak  był i jeszcze kilku z Gwardii Ludowej, a potem Armii Ludowej . Oni później wstąpili do milicji i do UB. Według książki pani Jagusztyn w Łańcucie był silny garnizon Armii Ludowej. Tego garnizonu w Łańcucie nie było wcale. To trzeba czytać i oceniać z przymrużeniem oka. U nas rządziło AK. Nie tylko my - wojsko, ale był i zaplanowany starosta oraz burmistrzowie, którzy mieli objąć władzę po wyzwoleniu, tajne szkolnictwo też było rozwinięte.
     Niektórzy wasi znajomi skończyli gimnazjum, czy szkołę średnią w czasie wojny. Potem od razu poszli na studia. Służba zdrowia funkcjonowała, bo byli nasi lekarze zaprzysiężeni. No i był też wywiad. Jeżeli ktoś był bardzo groźny dla społeczności to należało mu zrobić najpierw karę chłosty, a gdy to nie pomogło to była też sekcja egzekucyjna.
   Było kilka wyroków, o jednym już wspominałem. Na Węgliskach był jeden donosiciel. Napisał list po polsku, do Jarosławia do gestapo, że we wsi jest organizacja. Gestapo odesłało pismo do gminy, żeby napisać po niemiecku. Gdyby dostali to tłumaczenie, to pół wsi by „poszło”. To było coś niesamowitego. Co robić? Aby wykonać karę  śmierci -  to musiał być wyrok zatwierdzony przez sąd wojskowy. Na to  trzeba by było długo czekać. Więc musieli go szybko zastrzelić. Tak jak przewoźnika, który pracował przy promie. On został wykończony już za Ruskich. Od razu, gdy przyszli Rosjanie, zrobił się komunista. Też dostał wyrok.
U nas w Krzemienicy  ludzie mają takie pojęcie, że AK też czasem napadało rabunkowo na gospodarstwa, na młyny.
To prawda. To było niemożliwe wtedy, gdy jeszcze były zwarte oddziały. Ale potem nastąpiło rozprężenie w  AK. Ci młodzieńcy mieli broń, a broń w rękach młodego człowieka to niebezpieczeństwo. Więc były napady. Zdarzyła się jedna taka tragiczna sytuacja. Jakaś dziewczyna wracała z Niemiec z robót przymusowych. Jeden chłopak potrafił ją obrabować i zastrzelić.
Słyszałam o tym, że zgwałcił i zastrzelił.
Tak, tak. Ludzie się bali. Wszyscy wiedzieli, ale nikt o tym nie mówił. To później wyszło. On nie miał sprawy sądowej, bo się ukrywał. A potem, jak była amnestia ujawnił się i rozeszło się po kościach. Pani wie, że on przyszedł do mnie i chciał należeć do naszego związku !? Należał do AK, ale po tym, co zrobił to nie mógł być w żadnym związku, a na pewno nie w AK! On miał do mnie o to ogromne pretensje, szkalował mnie przy każdej okazji.    
Czy w powiecie łańcuckim działało podziemie narodowe? Czy wiadomo coś o działalności takich organizacji jak Narodowa Organizacja Wojskowa (NOW), Narodowe Siły Zbrojne (NSZ)?
W Łańcucie to były jednostki. Taki Babiarz, który utykał na nogę. Był też Giersching, mieszkał najpierw na ul. Konopnickiej, tam mieli piekarnię. On też był w NOW. Ja mu dałem trochę amunicji, bo im brakowało. Natomiast o narodowcach wiem, że byli za Sanem. San to była placówka nr 10. Oni się nie ujawnili po wojnie. Do końca walczyli.
Zostali zlikwidowani. Ich uważano za najgorszego wroga.
Tak. Niektórzy z NSZ wycofali się z Niemcami na zachód legalnie. Była też NOW, ona się połączyła z AK. W Leżajsku był „Wołyniak” Józef Zadzierski. Najpierw był w oddziale z „Ojcem Janem”, ale potem widział ich beztroskę. Odłączył się i był samodzielny. „Wołyniak” zrobił tam piekielną robotę. Tak dał „w kość” miejscowym Ukraińcom, że w Leżajsku nie było problemu z UPA.
Proszę jeszcze powiedzieć, czy po wojnie miał pan jakieś nieprzyjemności? Czy prześladowali pana komuniści, UB?
    Proszę pana, jak się było w AK to się musiało coś robić. Gdy już przyszli Rosjanie, trzeba było działać na ich szkodę. Myśmy zrobili dwie akcje na szkodę UB. Jakby nie było jednego człowieka z BCh, to by to wszystko rozeszło się po kościach, no ale, niestety. Przesiedziałem cztery lata w więzieniu. Prawie pięć, w Wiśniczu. Z tym, że byłem na tyle mądry, że jak pierwszy raz byłem zamknięty, to przyznałem się do AK. Kto się nie przyznał, a potem wykryli, to był artykuł 86 . Gdy ktoś był skazany nas podstawie tego artykułu, to Wronki, Rawicz. A kto nie był w więzieniu we Wronkach, ten nie wie. To był prawie Oświęcim.       Mnie się udało. Jako ten, który rokuje nadzieje na wychowanie, byłem w więzieniu progresywnym w Jaworznie. Najpierw w Łańcucie siedziałem z „Orlętami”, akurat w czasie Wigilii. Menu to były ziemniaki w łupinach i barszcz czerwony. Gotował to strażnik, który pochodził z Wielkiej Woli. Pamiętam, jak dziś. Ja trochę się trzymałem, a ci z „Orląt” siedzieli po kątach i płakali. Potem siedziałem w Rzeszowie na Jagiellońskiej, później na zamku, potem w Przemyślu (więzienie karno-śledcze), a potem pojechałem do Jaworzna.
     Wiem, co znaczy więzienie. Z tym, że nie powiem, że było mi źle w więzieniu. Głodny nie byłem ani raz. Tam można było swobodnie chodzić, cele nie były zamykane. Pracowałem cały czas na warsztatach. Nauczyłem się zawodu. Potem byłem we Wiśniczu, więzienie było w dawnym klasztorze Karmelitów, obok zamku. Wtedy trwały przygotowania do III wojny światowej. Przy więzieniu była ogromna rymarnia, w niej dwieście maszyn do szycia. Ja je obsługiwałem, pracowałem w sekcji głównego mechanika. Poza tym, powiedziałem sobie: „Cztery lata nie moje. Coś muszę z tego mieć”.  W więzieniu siedzieli też Ukraińcy z UPA i Niemcy -  folksdojcze i inni. Pchałem się na taką celę, żebym był z Niemcami. To nie byli prymitywni Niemcy. Głównie inżynierowie, w każdym razie ludzie wykształceni. Nasze dyskusje trwały do dwunastej w nocy, oczywiście po niemiecku. Niektórzy Polacy myśleli, że jestem folksdojczem, bo wiedzieli, że ja bez przerwy z Niemcami siedzę.  Moja znajomość języka  niemieckiego, stamtąd pochodzi. Później z tymi Niemcami korespondowaliśmy po wyjściu z więzienia, u jednego byłem nawet w domu.
    Kierownikiem garażu we Wiśniczu był Christian Pfaut. On razem z ojcem miał warsztat samochodowy w Niemczech. Podczas wojny też był kierownikiem garażu - w Oświęcimiu. Za co siedział? Uderzył więźnia, za co dostał 10 czy 15 lat. Tłumaczył się: „ Jak ja złamałem pilnik, to mnie ojciec też lał”. No i myśmy żyli w wielkiej przyjaźni, to było bardzo dobre chłopisko. Pewnego razu siedzi taki zamyślony. Mówię: „Chrystian, o czym myślisz?” „Ich habe meine Frau nicht geschätzt“ ( „Nie szanowałem mojej żony”). Pytam: „Co cię naszło?”. A on na to: „Ja nawet w niedzielę pracowałem, a powinienem być w domu”. Dopiero wtedy analizował swoje życie.     Potem „zarobiłem” na języku niemieckim. Gdy wróciłem z więzienia to Łańcucka Fabryka Śrub była w budowie. Ja się tam dostałem, jako elektryk. Zrobiłem uprawnienia mistrza, itd. Myśmy kupowali masę maszyn w Niemczech. Ja jeździłem w delegacje do Niemiec. Tutaj też przyjeżdżały ekipy niemieckie.
Później nasze losy się rozeszły. Część kolegów z AK ukończyła studia. Bardzo niewielu żyje. Z tej drużyny z Łańcuta zostało nas trzech. Lech z Małej Woli był attache w Szwecji i w Grecji. Stareńki już jest. Drugi Maciej Mazur był astronomem w Krakowie, a jego syn  jest historykiem. Trzeci jeszcze.. gdzie by się znalazł trzeci? Nie wiem. Trzech nas zostało. A reszta się rozeszła po świecie. Mamy organizację, tj. Światowy Związek Żołnierzy AK. W Domu Kultury mamy swoją kwaterę i walczymy teraz, aby dokończyć dzieło. Dzięki naszym staraniom pomnik, który stał pod byłym budynkiem „Sokoła”, zostanie przeniesiony na cmentarz wojskowy 10 Pułku Strzelców Konnych. Pan był na cmentarzu wojskowym?
Nie, nie byłem. A gdzie jest ten cmentarz wojskowy?
Nie wiem, pogniewać się na niego, czy jeszcze nie? (śmiech) Młody jeszcze i nie z Łańcuta.
     Trzeba pójść na cmentarz wojskowy. Nie ten radziecki z przodu. Trzeba iść przez cmentarz główną aleją i na końcu cmentarza jest nasz cmentarz wojskowy. On był austriacki. Został założony około 1900 roku. Zostały tu przeniesione groby (zresztą nie wszystkie) z placu obok Liceum im Henryka Sienkiewicza. Tam były nagrobki niemieckie i węgierskie. Obok tych starych grobów zostali pochowani żołnierze w 1939 roku. Niemcy 9/10 września już byli w Kraczkowej, już atakowali Łańcut i wtedy 10 Pułk Strzelców Konnych bronił Łańcuta. Te walki były przed Łańcutem. Oni się później wycofali. Pułkownik Maczek, późniejszy generał, nie bronił miasta jako takiego, to był nonsens, tylko robił tzw. walki opóźniające. Postrzelali, co się dało, załadowali się i wycofali się na wschód za San. Linia Sanu miała być broniona. Potem dostali rozkaz bronić Lwowa. San już został koło Radymna przekroczony przez Niemców. Do Lwowa zbliżali się Ruscy, a z tej strony Niemcy. Oni byli w takim saku. Rozkaz Naczelnego Wodza brzmiał: „Nie bronić Lwowa”. W Zboiskach jeszcze powalczyli. Tam jest pochowanych około 20 naszych żołnierzy z 10 Pułku. 17/18 września już byli na granicy węgierskiej. Maczek wywiózł prawie wszystko: armatki i samochody oraz parę czołgów. Wszystko przejęli Węgrzy, a oni poszli na tułaczkę i spotkali się potem we Francji, a później w Anglii. Taka była historia. Myśmy nie wyobrażali sobie, żeby nie wróciło wojsko do koszar, do jednostki. Z początku było, ale potem oddało koszary.
Teraz tak mało wojska jest w Polsce, że już nawet tych koszar nie potrzeba.
Tak, ale do Łańcuta mogło wrócić. W tej chwili ta jednostka jest własnością starostwa. Mają to sprzedać. Tam są zabytkowe budynki z 1900 roku. Od czasów austriackich tam były konne jednostki. Austriaccy żołnierze mieli czerwone spodnie, niebieskie bluzy, albo odwrotnie. To było bardzo ładne wojsko. Część była w koszarach, część w budynku PTTK-u. Jeden szwadron był w Żołyni. Potem w 1918/19 roku przywędrował tutaj 10 Pułk Strzelców Konnych, wtedy to był tylko szwadron. Pułków Strzelców Konnych było w Polsce dziesięć. Nasz był dziesiąty. Ale to był jedyny pułk zmotoryzowany. W 1938 roku konie oddali ułanom i innym jednostkom. Mieli samochody, czołgi TK, TKS. Jako zmotoryzowani przekroczyli granicę…
Niektórzy myślą, że cmentarz wojskowy w Łańcucie to jest tylko ten radziecki, po prawej stronie miejskiego cmentarza. Tam jest półtora tysiąca Rosjan, którzy zdobywali Łańcut. Oni zostali pozbierani z okolicy. Po wojnie nasz cmentarz wojskowy miał być cmentarzem ruskim. Ale działacz komunistyczny Basak mówi: „Na takim zadupiu Ruskich chować?”. Kupili więc sąsiednią działkę od adwokata Franciszka Wawrzkiewicza. Walczyłem, aby tam urządzić tzw. „Panichidę”. Czterdzieści dni, ileś tam lat po śmierci w prawosławiu robi się taką uroczystość. Chcieliśmy zaprosić księdza prawosławnego z Sanoka nawet tego z Przemyśla i zrobić coś, uszanować tych ludzi. Ale to nie wyszło.
Jeśli ma pan jeszcze jakieś pytania, to proszę bardzo. Ja się nie czuję zmęczony.
W okolicy są radzieckie cmentarze, a nigdzie nie ma niemieckich. Gdzie Niemcy chowali swoich żołnierzy?
Jest cmentarz w  Pikulicach koło Przemyśla. Niemcy wytargowali to, że tam się zbiera żołnierzy niemieckich i tam są pochowani. A tu w Łańcucie jest jeden nagrobek- trzech Niemców. Oni walczyli przeciwko Ruskim i obsługiwali karabin maszynowy w Głuchowie. Zostali pochowani gdzieś w rowie. Później tam robili drogę i ekshumowano ich. U dwóch znaleziono takie blaszki, nieśmiertelniki i dzięki nim wiadomo kto to był, a trzeciego nie zidentyfikowano. Mają piękny nagrobek w Łańcucie.
 Było też jedno ciekawe zdarzenie. Pewnego razu dostałem telefon z policji z Łańcuta: „Proszę przyjść, bo mamy taką sprawę: jest Niemiec i nie możemy się dogadać”. Więc idę na komendę. Jest Niemiec. Samochód postawili koło bożnicy w Łańcucie i poszli na duży rynek, niedługo. Jak wracali, to już w samochodzie siedziała kobieta i mężczyzna. Zamek wyrwany. Jeszcze chwileczkę i by odjechali, ale na widok właścicieli uciekli. Zabrali saszetkę z dokumentami. Ci Niemcy nie mogli się dogadać z policją. To byli panowie ze Stuttgartu. Po co tu byli? Ojciec jednego z nich został zabity nad Sanem, i pochowany nie wiadomo gdzie. On potrafił mieć takie „chody”, że znalazł grób ojca gdzieś w Jarosławiu, tam gdzie było boisko sportowe i co roku w rocznicę śmierci tu przyjeżdża do Polski. Ile razy jest to zawsze wstępuje do mnie do domu. W tym roku już był tutaj,  w domu opieki.
A pan teraz mieszka na Woli, czy w Łańcucie?
Mój dom jest cały czas w Małej Woli. Tam wybudowałem dom murowany, piętrowy. Tam mieszka mój syn z rodziną…   
     Panu trzeba się przespacerować na cmentarz wojskowy. Tam są piękne krzyże. To jest nasze dzieło. Na tym cmentarzu, też pan o tym nie wie, są pochowani Strzelcy Siczowi. Oni walczyli z naszymi Orlętami o Lwów. Potem dogadali się z Piłsudskim, ponieważ już Piłsudski był pod Kijowem. Musiał zawrócić, bo bolszewicy mieli propagandę niesamowitą. To był już koniec wojen. Ludzie byli zmęczeni, więc Ukraińcy dogadali się, że Piłsudski pomoże odbudować wolną Ukrainę, a oni za to zgodzą się na granicę na Zbruczu. Na tą granicę, co była przed wojną. To było wszystko piękne i ładne, ale do czasu, kiedy bolszewicy uderzyli. Trzeba się było wycofać spod Kijowa, potem był „Cud nad Wisłą”, a tutaj ogromna konna armia Budionnego, atakowała Lwów, Zamość. Wtedy ci Ukraińcy-Strzelcy Siczowi (dowodził nimi ataman Petlura) pomogli Piłsudskiemu. Potem podpisano traktat pokojowy. Wszyscy mieli dość wojny, więc Polacy zgodzili się, by Sowieci zajęli Ukrainę za Zbruczem. Wtedy ci Strzelcy Siczowi zostali internowani i byli w Łańcucie, w budynku PTTK-u i w koszarach. Było ich bardzo dużo. Zostali internowani, czyli to nie byli jeńcy. To byli ludzie wykształceni, oni tu mieli Wyższą Szkołę, mieli gazetę, mieli chór. Na tych terenach była zaraza, gdzieś w 1921 roku. Dużo ich wtedy umarło, około pięciuset. Zostali pochowani koło bloku B. To jest ta część koszar po lewej stronie (teraz tam są mieszkania). Potem zostali ekshumowani i przeniesieni na cmentarz wojskowy. Po prawej stronie są piękne nagrobki i krzyże polskie, a po lewej stronie  puste miejsce. Oni są tam pochowani. Prawdopodobnie, to były groby zbiorowe. Ukraińcy teraz przypomnieli sobie o nich i chcą tam postawić wielki pomnik i zrobić uroczystości, na szczeblu państwowym. Nasz pomnik spod „Sokoła” będzie ustawiony w kwaterze po prawej stronie, tam, gdzie są te krzyże, a oni postawią  po lewej stronie.
Proszę jeszcze opowiedzieć o Żydach na Woli Małej.
          Było u nas dwóch Żydów- Rengiel, rodzina żydowska. Obydwaj byli w wojsku. Niemcy ich zwolnili z niewoli ( Niemcy!). Mieli dokumenty, wrócili do wsi. Potem była łapanka na Żydów. Ukrywali się we wsi. Byli pewni, że są między swoimi. Mój sąsiad żołnierz armii BCH mówił: „Zastrzelić, uwiązać za nogi i do Wisłoka!” To był Polak-katolik. Pamiętam to jak dziś. Dobrze się stało, bo oni byli u mnie raz, albo dwa razy tylko. Co by było gdyby…? Myśmy na Małej Woli mieli karabiny ze złamanymi kolbami. Nosiłem na Wielką Wolę do stolarza te karabiny. Dorabiał kolby. Szedłem raz z tymi karabinami i ze mną szło dwóch kolegów Szwaczów, rozmawialiśmy. Było trochę ciemno. Z przeciwka obok nas, przechodzi ktoś jakby znajomy. On zauważył, że tam mogą być Żydzi. Była warta wiejska w Domu Kultury, poszedł taki jeden do komendanta warty i mówi: „ Tam u  Borcza są Żydzi!” On nie chciał iść. Ten, co sypnął, mówi: „Chłopie, jak wy nie pójdziecie, pójdę na gestapo!”. Więc warta przyszła na kontrolę, na rewizję. Ci koledzy już poszli, ja spałem. Były takie wiązki- snopki i tam włożyłem karabiny. Ja mówię do kolegów z warty: „ Tam są karabiny, żebyście ich nie znaleźli.” No i poszli. Co by było, gdyby jednak wtedy faktycznie Żydzi u mnie byli? Przecież: nie ma ojca, matki, nie ma mnie!
Ale to Polacy szukali tych Żydów?
Oczywiście, warta wiejska-Polacy. I złapali ich. Siedzieli niedaleko mojego domu w takim starym domku. Ktoś ich zobaczył, dał znać i złapali obydwóch. Tylko jeden, ten starszy, mądrzejszy uciekł, a młodszego zaprowadzili na żandarmerię i zastrzelili go. Ten starszy potem zrobił szkołę prokuratorów, był sędzią i była sprawa. Komendant warty siedział chyba z osiem lat. To, że go nie powiesili, to mu się udało. Ci panowie z warty też siedzieli.
       Jesteśmy w Rzeszowie na zamku. Pyskiem do ściany. Obok mnie stoi taki zdechlak, takie chuchro nie chłop. Mówi: „Ja chodziłem za wami. Jestem z Łańcuta.” Tak do mnie mówił, przez „wy”. O co chodzi? Jesteśmy razem w więzieniu. On siedział za łapanie Żydów. Był pracownikiem UB. Chciał się ratować i wstąpił do UB, bo myślał, że go nie zamkną. A jednak siedział. „Chodziliście za mną, a siedzimy razem”. To były pocieszne sprawy.
Jeszcze zapytam tylko. Różnie was traktowali, jak pan mówił, za czasów Polski Ludowej...
Nie było czym się chwalić, gdy ktoś był w AK. U nas w Związku jest teraz pułkownik dyplomowany specjalista od łączności, Józef Wojnar z Białobrzeg . On wyszedł z AK. Gdyby nie AK, to byłby generałem, a tak pozostał pułkownikiem. Nie było się czym chwalić. Jeżeli ktoś tylko należał do AK, to jeszcze mógł w PRL w miarę normalnie żyć, ale jeżeli  była jakaś działalność, to już miał gorzej. Potem, po przełomie w 1989, to nawet partyjni przypominali sobie, że byli w AK.  Do naszego Związku chciał się zapisać pewien inżynier. W ostatnim roku istnienia AK miał czternaście lat. „Przypomniał” sobie, że był w organizacji. Załatwił przez znajomego Krzyż Armii Krajowej. Napisał te wszystkie podania. Tylko „cep” nie wiedział, że my do Londynu też trafimy. Mam ten jego wniosek.           
Tak to się losy toczą.
A z zawodu kim pani jest?
Ja proszę pana jestem fizykiem… Ale pan ma świetną pamięć! Idealną.
Mam wybiórczą. Mam ponad tysiąc egzemplarzy różnych książek. Historia to też moje hobby. Mój wnuczek historyk z wykształcenia ma tyle samo. Oprócz tego,  był u nas pan Kübler . On organizował AK w Łańcucie. Przekazał mi swoje zbiory. Mam masę dokumentów do opracowania i właśnie to mnie dręczy, że nie mogę się w to bezpośrednio zaangażować. Ale muszę je uporządkować, liczę na wnuczka. Skończył studia z wyróżnieniem. Miał stypendium naukowe na Uniwersytecie Jagiellońskim.
To pewnie ma pan  wiele tematów i spraw do obgadania z wnukiem. 
Dziękujemy panu serdecznie za tę lekcję historii.














           
   

   

3 komentarze:

  1. http://podkarpackie.regiopedia.pl/wiki/jozef-borcz

    OdpowiedzUsuń
  2. http://www.muzeum-ak.pl/biogramy/formatka.php?idwyb=87
    http://podkarpackie.regiopedia.pl/wiki/obwod-ak-lancut

    OdpowiedzUsuń
  3. Zapraszam na strony:
    http://podkarpackie.regiopedia.pl/wiki/jozef-borcz
    http://www.muzeum-ak.pl/biogramy/formatka.php?idwyb=87
    http://podkarpackie.regiopedia.pl/wiki/obwod-ak-lancut

    OdpowiedzUsuń