wtorek, 13 marca 2012

Stanisław Czechowicz . Ludzie ludziom ....



Ludzie ludziom…
ze Stanisławem Czechowiczem rozmawiają: Dominika Bogusz, Tomasz Czarny i Michał Okrzeszowski

Na pytanie: „Co kojarzy ci się z hasłem: II wojna światowa?” Zapewne każdy odpowie: nienawiść, śmierć, dehumanizacja. Jednak w czasach, kiedy zło sięgało ekstremum, byli też ludzie, którzy wbrew wszystkiemu ratowali innym życie. Zdumiewająca historia, która wydarzyła się w Wysokiej w roku 1944 nie jest szerzej znana opinii publicznej, nawet w okolicach Łańcuta. Świadkiem tych wydarzeń, jako dziecko, był słuchacz ŁUTW, pan Stanisław Czechowicz. Po latach napisał o tym artykuł, którego fragment  ukazał się Biuletynie Łańcuckiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku.  Artykuł ten zamieszczamy poniżej, natomiast w dalszej części znajduje się wywiad, którego udzielił nam autor w dniu 23 stycznia 2012 r. 


Stanisław Czechowicz:

Nim ten artykuł powstał, odwiedziłem wiele domów, w których mieszkali ci ludzie  w czasie okupacji hitlerowskiej. Skąd oni się wzięli?
 Proboszczem w parafii Meducha, koło Stanisławowa (obecnie Iwano-Frankiwsk, miasto na Ukrainie, w byłej Galicji Wschodniej – przyp. MO) był ksiądz, który nazywał się Piotr Zawora, rodem z Wysokiej[1]. Gdy tam na wschodzie zaczęły się te straszne mordy szowinistów ukraińskich na Polakach, ten ksiądz przyjechał pod koniec 1943 roku, prosić Wysoczan, by przyjęli Polaków z jego parafii, bo inaczej ich wszystkich wymordują Ukraińcy. Było ich ponad 1000;  około 1300 osób było wyznania katolickiego w parafii Meducha. Nie było wyboru. Mieszkańcy Wysokiej wspólnie z księdzem proboszczem, Stanisławem Sabatem i sołtysem wsi, panem Wojciechem Wojnarem, postanowili tych ludzi przyjąć.

       Wspomnienia o Kresowiakach z 1944 roku


Nam, ludziom nieco starszym, przyszło żyć w czasach II wojny światowej i chociaż nie uczestniczyliśmy bezpośrednio w działaniach wojennych, to mieliśmy okazję być świadkami ogromnych ludzkich tragedii, których sprawcami byli nacjonaliści z hitlerowskich Niemiec w połączeniu z ludobójczym nacjonalizmem ukraińskim, a także sowieckim -NKWD. To ostatnie wykazało swój bandytyzm w dniu 10 lutego 1940 roku, kiedy to pośród nocy sowiecki żołnierz walił do drzwi i wołał: „Otwieraj! Ręce do góry! Gdzie jest broń?!” Za nim przyszło dwóch ukraińskich chłopaków, którzy zaciągnęli się do milicji i mówili: „Teraz będzie nasz rząd!”. To byli ci sami chłopcy, którzy najmowali się do pracy za pieniądze w gospodarstwach rolnych Polaków. Dali pół godziny czasu na spakowanie niezbędnych rzeczy, które pozwolili zabrać. Odwieźli saniami do stacji kolejowej, gdzie stał długi pociąg towarowy. Rodziny były bardzo szybko ładowane do wagonów i zamykano drzwi. Tak wywozili Sowieci na Kresach Wschodnich Polaków na Syberię.
 Opisuję tutaj  historię rodziny, która przybyła do nas i mieszkała u mnie w domu moich rodziców. Małżeństwo i ich trzyletnia córka, byli rodem z Wysokiej i za chlebem osiedlili się w początku lat trzydziestych w okolicach Równego[2], gdzie można było spokojnie żyć, gdyby nie to, co wydarzyło się owej nocy 1940 roku.. Pociąg wlókł się powoli i po trzech tygodniach dotarł do stacji Świerdłowsk[3], a następnie po dwóch dobach trafili na Syberię.      W okresie od września 1939 roku, do końca czerwca 1941 roku w wyniku aresztowań i zsyłek na Sybir pojedynczych osób i całych rodzin liczba ludności polskiej na Kresach Wschodnich gwałtownie się zmniejszyła. Istotną rolę odegrali miejscowi ukraińscy szowiniści poprzez donosy do NKWD o tzw. „wrogach ludu”. W okresie nowej okupacji „niemiecko-ukraińskiej” w latach 1941-1944 nastąpiło dalsze „oczyszczanie” Kresów Wschodnich z ludności polskiej. Zorganizowane bandy ukraińskich nacjonalistów wspierane przez niemieckich oprawców coraz bardziej agresywnie napadały na domostwa Polaków, podpalając zabudowania wśród nocy i mordując w sposób bestialski polski naród. Dzięki rzetelnej pomocy profesora Edwarda Prusa, czytelnicy mogą poznać bezmiar zbrodni, jakiej dokonano na narodzie polskim w okresie II wojny światowej. Wielu Kresowiaków wiedziało, że jedynym sposobem na uratowanie życia, jest opuszczenie swoich stron rodzinnych i szukanie ratunku u innych ludzi z dala od tej krwawej tragedii.
 We wsi Meducha, gmina Delejów, proboszczem parafii był ksiądz Piotr Zawora, który był rodakiem z parafii Wysoka. Ten ksiądz, chcąc ratować swoich polskich parafian, przyjechał do Wysokiej, końcem 1943 roku z prośbą, by jej mieszkańcy przyjęli wszystkich Polaków z Meduchy, gdyż w przeciwnym razie wszyscy zostaną wymordowani. Ogromnego wsparcia dla Kresowiaków udzielił ówczesny proboszcz Wysokiej ksiądz Stanisław Sabat, który zmobilizował parafin do niesienia pomocy wszystkim, którzy się tu zjawią.
 Parafia Meducha liczyła 1252 wiernych. We wsi było 354 zagrody i 1756 mieszkańców wg GUS z 1931 roku. Przeważała ludność polska, Ukraińcy stanowili tam około 25%. Mieszkało tu około 40 Żydów, zabranych do getta na początku 1941 roku, gdzie zostali zamordowani. W lipcu 1941 roku policja ukraińska dokonała licznych aresztowań wśród młodzieży polskiej. Byli przez kilka tygodni więzieni, przesłuchiwani i torturowani. W wyniku usilnych starań u władzy niemieckiej zostali zwolnieni z aresztu. Do połowy 1943 roku wieś była schronieniem dla Polaków z innych okolicznych wiosek, którzy ocaleli z pogromów lub schronili się tutaj przed innymi. Istniała tu samoobrona, która spełniała względne warunki bezpieczeństwa. Banderowcy dokonali napadu na wieś 13 lutego 1944 roku. Były ofiary w ludziach i spalona została część budynków. Po tym napadzie większość polskich mieszkańców Meduchy opuściła wieś organizując wyjazd do stacji Łańcut.       Przypomnijmy, że wszystko to działo się w czasach okupacji hitlerowskiej i ze wszystkim należało się kryć.
 W pierwszych dniach kwietnia 1944 roku przyjechał do Łańcuta pociąg towarowy, w którego wagonach znajdowali się ludzie i zwierzęta. Bardzo sprawnie całą akcją kierował ówczesny sołtys wsi Wysoka pan Wojciech Wojnar, który wyznaczył rolników posiadających konne furmanki, by jechali do stacji kolejowej po ludzi skrajnie wymęczonych swoją tragedią i podróżą, a oczekujących, gdzie ich los przeznaczy. O przyjeździe pociągu wypełnionego ludźmi i zwierzętami mieszkańcy wsi Wysokiej byli uprzedzeni, by mogli się przygotować na ich przyjęcie wraz z częściowym dobytkiem i zwierzętami. Organizatorami tej potajemnej wyprawy kolejowej byli ksiądz Piotr Zawora, pan Władysław Skulski i pan Chojny, który pracował w swoich stronach na kolei. To on poczynił starania, aby taki pociąg załatwić. Starano się, by o tym nie wiedzieli ani Ukraińcy, ani Niemcy, bo wszystkim zależało na zamordowaniu Polaków. Po przyjeździe do parafii Wysoka, ksiądz Piotr Zawora zamieszkał w domu Marii i Stanisława Michnów. Wraz z księdzem zamieszkała w tym domu jego siostra z dwoma córkami. Kiedy w końcu 1944 roku przez Wysoką przetaczała się nawałnica wojenna, ksiądz Zawora oraz jego bliscy Michnowie ukryli się w schronie piwnicznym u Andrzeja Tejchmana. W tym schronie ukryli się także inni sąsiedzi. Wyjść z tego schronu mogli dopiero w ostatnią niedzielę lipca 1944 roku (30 lipca). A stało się tak dlatego, że wojska sowieckie okrążyły Wysoką od strony południowej. Dotarły do Lipnika, Tarnawki, Handzlówki, a w Soninie[4] i w Wysokiej był ciężki front. Spadały pociski artyleryjskie. Od strony północnej wkroczyli już do Łańcuta, a pod Wysoką i Soniną trwały jeszcze zacięte walki. W nocy z soboty na niedzielę mocno polało deszczem. Strzelanina ucichła po obu stronach i Niemcy, posiadający bardzo szczegółowe mapy drogowe zorientowali się, że jedynym sposobem ucieczki z Wysokiej była bardzo błotnista droga koło młyna w Albigowej w kierunku na Kraczkową[5].              
Wracając do osoby księdza Piotra Zawory należy poinformować, że nacjonaliści ukraińscy zorganizowali zamach na jego życie jeszcze w parafii Meducha, ale pewien człowiek narodowości ukraińskiej w porę go o tym uprzedził i dzięki temu ksiądz uratował życie swoje i wielu parafian. Ostatnie lata swojego życia ksiądz Piotr przeżył w parafii Szczecinek[6] i tam został pochowany. Sprawa udzielenia schronienia ludności z Kresów Wschodnich we wsi Wysoka była przeprowadzona w sposób bardzo staranny, gdyż dla wszystkich zwierząt i ludzi znalazł się przysłowiowy dach nad głową, zaś wagony kolejowe na stacji Łańcut zostały puste jeszcze tego samego dnia. W większości domów zostały przeprowadzone prace remontowo- budowlane, polegające na umieszczeniu najczęściej dodatkowej kuchni, tak, aby każdy przyjezdny mógł zamknąć drzwi do pomieszczenia, w którym przebywał i miał tę odrobinę niezbędnej prywatności. W niektórych rodzinach bywało i tak, że starsi synowie gospodarzy zostali przeniesieni z miejscem noclegowym na prycze do stajni, a przybyszom oddano izbę, w której zbudowano kuchnię z cegły i gliny. Byłem świadkiem tych wydarzeń. W dzisiejszym czasie warto zaapelować do pewnych osób, by od czasu do czasu pojawiły się ogłoszenia o mszy świętej za tych, którzy dla ludzi, uciekających od śmierci, otwarli swoje serca i drzwi swoich domów. Otwarli je nie dla mamony, ale z przykładnej miłości i szacunku do drugiego człowieka. Bo miłość bliźniego najlepiej przejawia się w prostych czynach, a nie w gwiaździstej, próżnej mowie. W tamtych czasach, kiedy okupant ściągał ogromne kontyngenty, w niektórych domach brakowało razowego chleba, a tu jeszcze pod swój dach trzeba było przyjąć kilka osób. Przecież te przybyłe rodziny potrzebowały też jakiegoś wsparcia, aby mogły przeżyć.
 W naszej parafii zamieszkali nie tylko uchodźcy z Meduchy, gdyż do stacji kolejowej Łańcut przybywały coraz częściej pociągi towarowe z innymi ludźmi uciekającymi z Kresów Wschodnich.         Tak opisuje swoje wspomnienia pan Adolf Kondracki, osiadły w Koźminie koło Zgorzelca: „Gdy w 1994 roku przypadła 50 rocznica napadu banderowców na Ostrów niedaleko Sokala w województwie lwowskim (pochodzę z tej miejscowości), chciałem przede wszystkim podziękować tym mieszkańcom obecnego województwa podkarpackiego i małopolskiego, którzy nas przyjęli pod swój dach i udzielili pomocy. Mieszkańcy Meduchy z księdzem Piotrem usadowili się w Wysokiej, zaś Ostrowianie rozproszyli się od wschodu (Przeworsk) do zachodu (Myślenice) i od południa (Grybów, Tuchów), do północy (Stalowa Wola, Mielec). Uważałem, że słowa podziękowania dla tej ludności, która wtedy przyszła nam z pomocą najlepiej umieścić w katolickiej gazecie „Niedziela”, albo „Gość Niedzielny”.”  Czasopisma te zachowały jednak milczenie i treści podziękowań pana Kondrackiego nie opublikowano. W dalszej części swego listu do mnie pan Kondracki pisze: „ Panie Stanisławie! Jestem bardzo wdzięczny mieszkańcom wsi Wysoka i innych miejscowości województwa podkarpackiego za ich serce, które okazali nam w takich trudnych czasach. Do Łańcuta przyjechaliśmy 1 kwietnia 1944 roku w godzinach popołudniowych. Część ostrowian jechała dalej na zachód. Noc z 1 na 2 kwietnia w kuckach przespaliśmy na poczekalni PKP Łańcut. Rano ojciec wynajął furmankę i udaliśmy się do Kraczkowej, do naszych znajomych, którzy byli mieszkańcami Ostrowa do 1944 roku. W Kraczkowej zamieszkaliśmy u państwa Bemów. Była to liczna rodzina. Po dwóch tygodniach naszego pobytu zostaliśmy przesiedleni do Wysokiej. Zamieszkaliśmy u Władysława Szmuca, który udostępnił nam starą kuchnię za pomieszczenie, w którym stało łóżko, kredens i stół. Było ciasno, ale przytulnie i ciepło. Byliśmy całkowicie uniezależnieni od właścicieli domu. Zaczęliśmy prowadzić „własne” gospodarstwo i życie godne człowieka. Już pierwszego dnia zorientowaliśmy się, że ludzie tu w Wysokiej są  jak „prawdziwi Samarytanie”. Sołtys z Wysokiej pan Wojciech Wojnar, ojciec późniejszego księdza Czesława, zorganizował zbiórkę żywności dla przyjezdnych. Wydał odezwę, w której zwracał się do mieszkańców wsi by nieśli pomoc „wysiedlonym”. Nazywano ich wysiedlonymi, a to byli uchodźcy, którzy uciekli w celu ratowanie swojego życia. Sowieci nazywali ich „ubieżańcy.” „Ludzie przynosili mąkę, chleb, masło. Bardzo mile wspominam rodziców pani Zofii Hadław-Marię i Wojciecha Szmuców. Mnie i moją siostrę traktowali, jak własne dzieci. Większość dnia spędzaliśmy u nich. Wielkiej pomocy udzielił nam ówczesny proboszcz Wysokiej ksiądz Stanisław Sabat. Dzięki niemu mój ojciec znalazł pracę w cegielni u Szmuca, zaś matka u państwa Jedlińskich. Ksiądz Sabat dawał ojcu pieniądze, by sobie kupił brzytwę do golenia. Załatwił w nadleśnictwie przydział drewna na opał. Pani Michnowa- (ta, którą zastrzelił Sowiet) kupiła mi zeszyt i obsadkę ze stalówką, oraz podręcznik „Ster”” . Takich ludzi było więcej np. właściciel sklepu poniżej kościoła, za mostem. Tato poszedł do niego kupić jedną łyżkę do jedzenia, a on zapytał, ile osób liczy nasza rodzina i dał pięć łyżek za darmo. Gdy w kościele słucham Ewangelii wg Świętego Mateusza: „Pójdźcie błogosławieni Ojca Mojego. Weźmijcie w posiadanie królestwo, przygotowane od założenia świata, bo byłem głodny, a daliście mi jeść, byłem spragniony a daliście mi pić, byłem przybyszem, a przyjęliście mnie. Byłem nagi a przyodzialiście mnie”, to zawsze moje myśli kieruję ku Wysokiej i wspominam tych ludzi, których tam poznałem. Od czasu do czasu odwiedzam cmentarz w Wysokiej i udaję się na groby osób, które znałem, by się za nich pomodlić. Udaję się też do waszej świątyni, bo tam 17 czerwca 1945 roku przyjąłem Pierwszą Komunię Świętą. Panie Stanisławie, cieszę się, że pan się tą sprawą zajął. Niech się pan nie przejmuje trudnościami. Źli ludzie są wszędzie i tam też panu będą utrudniali. Pozdrawiam pana. Były uciekinier - Adolf  Kondracki.”      A oto inne informacje ocalone od zapomnienia przez niektórych Wysoczan- świadków minionych zdarzeń. W domu Jana i Józefy Szmuców, mających troje dzieci, zamieszkała rodzina Kresowiaków z nazwiska Podkówka- Szymon i Stefania, również wychowujących troje dzieci w wieku szkolnym. Rodzina Podkówków przyjechała do Wysokiej od Tarnopola wraz z księdzem o nazwisku Nowak, który osiedlił się w Tarnawce. Jako autor tej publikacji potwierdzam, że do mojej klasy w szkole uczęszczał Józef Podkówka, syn wspomnianej rodziny i razem w 1947 roku przystąpiliśmy do Pierwszej Komunii Świętej w parafii Wysoka. Na pamiątkowej fotografii komunijnej są także dzieci wysiedlonych, co oznacza, że trzy lata po wojnie wielu kresowiaków było jeszcze z nami. W rodzinie Podkówków przyszło na świat jeszcze jedno dziecko i zostało przyjęte przez wszystkich domowników z radością.     A jaka to była radość, gdy po latach urodzona w Wysokiej dziewczynka wychodziła za mąż w okolicach Kluczborka i zaprosiła na swój ślub i wesele tych, u których w domu się urodziła. Warto dodać, że w niewielkim domu zamieszkiwały w opisywanym czasie dwie rodziny, liczące razem dziesięć osób i do stajni wprowadzono dodatkowo konia i krowę-własność wysiedlonych. Wszyscy się jakoś wspierali, szanowali i długo o sobie pamiętali. Pisemne oświadczenie o tej sprawie złożyła pani Helena Blajer- córka Jana i Józefy Szmuców.                     Oto relacje i wspomnienia pana inżyniera Stanisława Czechowicza, urodzonego w 1929 roku w Wysokiej, a obecnie zamieszkałego w Łańcucie. „W roku 1943 przybyła do Wysokiej grupa osób z okolic Lwowa, prawdopodobnie z miejscowości Obroszyn. Organizatorem ucieczki tej ludności przed Ukraińcami był ksiądz Andrzej Czechowicz, który przed laty urodził się w naszej parafii i tu powrócił, by pośród najbliższych rodzin, kuzynów ratować swoje życie i osób mu towarzyszących. Wszystkim przybyłym udzielono pomocy. Otrzymali oni skromne pomieszczenie mieszkalne i wyżywienie. Ksiądz Andrzej był kuzynem mojego ojca Michała Czechowicza. W tamtym czasie już przebywała w naszym domu Anna Kasprowicz wraz z bratem Stanisławem, który wkrótce otrzymał pracę na kolei i wyjechał. Często przychodzili do naszego domu siostry i bracia księdza Andrzeja, a także inni parafianie ze wschodu, a główny cel takich odwiedzin, to było zdobycie pożywienia, którego musiało starczyć dla okupanta, dla rodziny i dla Kresowiaków. Dzieci chodziły do kościoła i do szkoły na bosaka, bo nie było za co kupić sandałów. Uczono nas, że z bliźnim trzeba podzielić się kromką chleba. Po przyłączeniu do Polski ziem zachodnich, stopniowo te ziemie były zasiedlane przez ludność z Kresów Wschodnich. Ksiądz Andrzej Czechowicz wraz ze swoją najbliższą rodziną i parafianami wyjechał w okolice Szczecina i zatrzymał się w miejscowości Chojna[7], gdzie został proboszczem miejscowej parafii. W 1950 roku, będąc jeszcze studentem otrzymałem od księdza Andrzeja zaproszenie do odwiedzenia jego miejsca pobytu. Skorzystałem z zaproszenia goszcząc także u rodzeństwa księdza w Kamieniu Pomorskim[8].”                    
Także w domu moich rodziców - Heleny i Romana Czechowiczów zamieszkała rodzina Walerii i Józefa Żurawieckich z małym chłopczykiem. Rodzina ta była bardzo zżyta z nami. Rozstanie było bardzo trudne, ale kiedyś do tego dojść musiało. Osiedlili się we wsi Szczaniec, powiat Świebodzin - dawne województwo zielonogórskie. Przez długie lata prowadzona była korespondencja, a było o czym pisać, bo jeszcze powiększyła się rodzina u nas w domu i u naszych gości. A poza tym i jedni i drudzy zajmowali się rolnictwem. Jako dziecko w tamtym czasie mile wspominam naszych Kresowiaków. Toteż, jak się nadarzyła po latach okazja, postanowiłem ich odwiedzić. Zajechałem pewnego razu pod ich dom, pod ich zagrodę wraz z kierowcą samochodu „Żuk” i podszedłem poprosić, by przyjęli na nocleg dwóch mężczyzn, którzy pomylili drogę,  jadą z daleka i są bardzo zmęczeni. Myśmy nie zbłądzili tylko celowo tam zajechałem. Nie przyznałem się, kim jestem. Jak odjeżdżali miałem dziesięć lat, a jak ich odwiedziłem miałem około czterdziestu. Pan gospodarz spytał: „A skąd wy?”. Odpowiedziałem: „Z Rzeszowskiego”. „A z jakiej miejscowości?” Odpowiedziałem:„Z Łańcuta”. „Z samego Łańcuta?”. Odpowiedź: „Nie, z Wysokiej”. Drzwi do domu były otwarte i gdy padło słowo „z Wysokiej”, natychmiast wyszła żona i gospodarz mówi: „Ktoś tu z Wysokiej chce przenocować”. Po chwili żona odpowiada: „To ty nie poznał? Bo ja poznała”. W tym momencie znalazłem się w objęciach pani Walerii. Po latach ludzie się zmienili, ale zachowali piękny, śpiewny akcent. Mieli piękną mowę, po której rozpoznałbym ich zawsze i wszędzie. Miłe było spotkanie, wiele było do opowiadania. Jedna noc była za krótka na wspomnienia bezmiaru przeżyć, które nas łączyły. Rankiem ze zdumieniem odkryliśmy, że poczciwy „Żuk”, ugina się od ciężaru worów ze zbożem, którymi nas postanowili obdarować gospodarze. Pan kierowca mnie poinformował, że na samochodzie jest dużo worów ze zbożem, co my z tym zrobimy, ja tego nie wezmę. Kierowca mówi: „Niech pan nic nie mówi, bo tak było przyjemnie, fajnie. Oni nie wezmą, pan nie weźmie. Jak się teraz rozstaniemy? Ja to załatwię”. A ten pan kierowca był naprawdę mądry. Starszy pan, który był w Niemczech na robotach. Poszedł do gospodarza i powiedział, że my jedziemy po towar i musimy mieć samochód pusty, że my nie możemy tego zabrać. Pojechali do stodoły i wory ze zbożem zostały rozładowane.                                                                                                     W tej publikacji przedstawione są autentyczne wydarzenia życiowe ludzi, którzy szukali ratunku, by ocalić życie swoje i najbliższych, aby nie zostać w sposób bestialski zamordowanym. Mamy jednak w sposób skromny przedstawioną drugą stronę, która pospieszyła z pomocą. Zasługuje też na uwagę, jak ludzie, którym udzielono bezpośredniej pomocy chcieli się odwdzięczyć przy każdej nadarzającej się okazji, ale także i to, czego uczyli nas rodzice, że dobro czyni się nie dla pychy i chwały, a dla drugiego człowieka. Ten temat pragnę mocno zaakcentować, bo w dzisiejszym czasie dla niektórych zarozumialstwo, pycha, chciwość mają się bardzo daleko od służebności. Nasi rodzice posiadali zwykły chłopski rozum, a w nim było zakodowane, że człowiek jest tyle wart, ile potrafi uczynić dobra dla drugiego człowieka. Kresowiacy przebywając z nami w okresie okupacji hitlerowskiej i po wojnie zdążyli się przekonać, że ta ludzka dobroć ich sprowadziła do naszej parafii. Toteż w dowód wdzięczności w przedsionku głównym naszego kościoła umieścili pamiątkową tablicę następującej treści:
 „Deo gracias wielebnemu księdzu Stanisławowi Sabatowi, proboszczowi parafii Wysoka i całej wspólnocie parafialnej wyrazy najgłębszej, dozgonnej wdzięczności za chrześcijańską miłość i serdeczną gościnność okazaną nam w dramatycznych chwilach roku 1944, gdy zagrożeni okrutną śmiercią z rąk ukraińskich szowinistów na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej znaleźliśmy ocalenie i oparcie u mieszkańców wsi Wysoka. Wyrazy wdzięczności i podziękowania wielebnemu księdzu Piotrowi Zaworze, proboszczowi parafii Meducha i panu Władysławowi Skulskiemu za zorganizowanie transportu kolejowego dla społeczności polskiej parafii Meducha i Hańcza w województwie stanisławowskim do Łańcuta a następnie do Wysokiej. Semper fidelis dua Rei Publicae Polonae. Wraz z Polakami z Kresów, dziećmi i wnukami. Na wieczną pamiątke w 58 rocznicę przymusowej ewakuacji Anno Domini 2002 roku”.                                     
Przez blisko pół wieku Kresowiacy milczeli o zbrodni ludobójstwa nie mając prawa do publicznego wyrażania swojego bólu, smutku i żalu o zamordowanych własnych dzieciach                       i rodzicach, rodzeństwie, krewnych, znajomych i przez wiele lat słuchali wierutnych kłamstw o tamtej wielkiej narodowej tragedii. Są świadkami cynizmu i obłudy, wychwalania formacji, która dopuściła się najbardziej barbarzyńskiej zbrodni na ludności polskiej w czasie II wojny światowej. Mimo tych doznanych krzywd Kresowiacy nie żywią nienawiści do Ukraińców - tamtego, a tym bardziej obecnych pokoleń, pragną pojednania i wyciągają rękę do braterskiego uścisku, bo zdają sobie sprawę, lepiej niż ktokolwiek inny, że niezgoda i waśnie między narodami do niczego dobrego nie prowadzą. W modlitwach o pojednanie, nie zapominają o Ukraińcach, zwłaszcza o tych, którzy za sprzyjanie i pomoc polskim sąsiadom w czasie pogardy zapłacili najwyższą cenę życia.             
Drogi czytelniku! By ten artykuł mógł powstać trzeba było odwiedzić wiele starszych osób w mojej parafii i wyciągnąć z ich umysłów przykurzone latami wiadomości o ludziach, którzy zimą 1944 roku musieli pozostawić swój życiowy dobytek na Kresach Wschodnich i udać się w nieznane strony w celu ratowania ludzkiego życia. Tą oazą, w której wiele osób się schroniło przed barbarzyńska śmiercią, była wieś Wysoka. Kresowiacy byli przekonani, że tamci rodowici wysoczanie zasłużyli na najwyższy szacunek i dlatego swoją wdzięczność utrwalili na pamiątkowej tablicy, umieszczonej przy wejściu do naszej świątyni. Kopię tego artykułu kieruję do Instytutu Pamięci Narodowej z nadzieją, że sprawa Kresowiaków zamieszkałych w naszej parafii nie zostanie zapomniana. Uważam, iż  IPN powinien wystąpić do kancelarii prezydenta o nadanie wsi Wysoka wysokiej klasy odznaczenia.
Artykuł opracował na podstawie wspomnień Stanisław Czechowicz, mieszkaniec wsi Wysoka. Konsultacja historyczna: magister Anna Miechowicz- historyk i nauczyciel.

                                               

                                Wywiad

Proszę powiedzieć, w którym roku się pan urodził?                                              

Urodziłem się 6 kwietnia 1937 roku w Wysokiej.
Co pan pamięta z wojny?
Ja początku wojny nie pamiętam, bo miałem dwa i pół roku. Ale czasy niemieckie sobie pamiętam już, bo jak miałem pięć lat, to już się bawiłem z dziećmi;  bieganie tu i tam  i rozmaite zabawy . Szło się do sąsiada, nieraz gdzieś tam na wieś, to się pytali: „Coś jadł, co było w domu?” A mama mówiła tak: „ Nie mów dziecko, nie mów, co się jadło. Żebyś tam czasem nie powiedział, że było w domu mięso!” A mięso od czasu do czasu na niedzielę było, bo tam raz do roku była zarżnięta świnka. Wszystko było po kryjomu, bo za nielegalny ubój  groziło wywiezienie do obozu koncentracyjnego. Tak, że zestrachany byłem ciągle Niemcami, bo się bałem tego.
Był we wsi, niedaleko mieszkał, taki człowiek, co był folksdojczem. To był taki cymbał i on donosił na ludzi  i był wydany na niego wyrok przez podziemie, ale miejscowi nie dopuścili do tego, żeby go sprzątnąć, bo by wielu ludzi przez niego zostało zabitych w razie odwetu. Pilnowali się, żeby on się nic nie dowiedział i tak dalej. Ten człowiek wyjechał razem z Niemcami na zachód i potem się znalazł w Ameryce.
Więcej było takich ludzi, co donosili?
Tylko ten jeden był w Wysokiej. Taki był głupi człowiek.                               
W każdej miejscowości się tacy znajdowali.
On był świadkiem Jehowy.
.Świadkowie Jehowy byli prześladowani przez III Rzeszę. Może było tak, że Niemcy go zaszantażowali?
Coś tam mu po przychwalali. To był taki naiwny człowiek.
Niemcy dawali lepsze kartki na chleb dla folksdojczów. Miałem takich sąsiadów, którzy mieli dużo dzieci. Ojciec był starszy od moich rodziców. Nie mógł tych dzieci wykarmić i pojechał na Śląsk do roboty. Tu zostawił rodzinę i nikt nie wiedział, że on się tam zapisał na folksdojcza, by dostawać kartki na chleb. Tylko po to się zapisał. To był bardzo porządny człowiek. Jego syn, gdy doczekał dwudziestu lat, musiał iść na wojnę, jako Niemiec do niemieckiego wojska. Był wysłany na wojnę do Afryki. Tam go wysłali, gdzie był Rommel (feldmarszałek Erwin Rommel -  dowódca Afrika Korps, walczącego z aliantami w Afryce północnej, zdobywca Tobruku – przyp. MO) . Stamtąd dostał urlop, przyjechał z karabinem, no i przyszedł do nas, bo to sąsiad. To dobrzy ludzie byli. Poszli z ojcem nad rzekę w doły postrzelać sobie wieczór. No i coś tam ze dwa razy wystrzelili. A tam, gdzieś w krzakach, ktoś oddał strzał z pepeszy serię w górę i ten chłopak się wystraszył, złapał pod rękę karabin i uciekł. Schował się na noc u nas do naszego domu, bo się bał przebywać w domu swojej mamy. Na drugi dzień wyjechał z urlopu. Pojechał na wojnę.
A jak pan wspomina ten przyjazd uchodźców, tak z punktu widzenia dziecka? Czy pamięta pan to wydarzenie?
Ja pamiętam to. Sołtys nalegał na tych, którzy mieli furmankę konną, żeby jechali na stację. Moi rodzice nie mieli… Wtedy byłem jeszcze sam jeden, nie miałem rodzeństwa (urodziło się po wyzwoleniu). U nas było dwa hektary pola, to ledwie się tam jakoś żywiliśmy. Jeszcze chlebek był, taki normalny. Ojciec ukradkiem jeździł do młyna i mielił zboże. Jeszcze nam wystarczało na życie, choć było bardzo ciężko. Niemcy zbierali ogromne daniny żywności - zboże, ziemniaki, no, co się tam dało-mleko z mleczarni, zwierzęta. Jak były obowiązkowe dostawy to sołtys musiał ileś krów co roku odstawić Niemcom na mięso. To były poważne problemy, bo miał kłopot, kogo wyznaczyć, żeby krowę oddał Niemcom. Przecież była straszna bieda.
Kolega mojego taty w 1939 r. poszedł na wojnę i dostał się do niewoli niemieckiej. Wywieźli ich na roboty. Pracował w jakimś tam gospodarstwie niemieckim, jako pracownik fizyczny. Mężczyzna ten był dobrze zbudowany, miał wiele siły, był bardzo pracowity. Sprawował się dobrze, był „grzeczny”, więc dostał od tego gospodarza urlop w nagrodę za dobrą pracę. Przyjechał na urlop do domu, i z tego urlopu nie wrócił. Po prostu nie pojechał z powrotem. Po miesiącu czasu przychodzi za nim niemiecki żandarm Kokott. Chodził po domach i pytał, czy ktoś go gdzieś nie napotkał. No i przyszedł do nas. To był kolega ojca ten pan, ale jego wtedy nie było u nas. No i Kokott zaczął wszędzie zaglądać. Tak się złożyło, że ojciec miał pszczoły. Ja byłem zestrachany, bo mama mnie ciągle uprzedzała, że nam grozi śmierć, jakby czegoś  się dowiedzieli na nas, że nas mogą zabrać do obozu i bardzo się wystraszyłem widokiem tego Niemca. On zobaczył te pszczoły i mówi: „Czy ma pan miód?” „Mam”. „To niech mi pan sprzeda”. Ojciec mu nalał miodu do słoika. To było lato i ten miód był rzadki. Kokott zabrał ten miód, podziękował. Nie zapłacił nic. Wziął mnie na rower na ramę i kawałek mnie przewiózł, ale niedaleko, bo się po prostu bałem, żeby mi co nie zrobił. Zacząłem wrzeszczeć,  płakać i mnie puścił z tego roweru. To jeszcze tyle mnie spotkało, że mnie Kokott wiózł na rowerze. Ja nie wiedziałem, kto to jest, tylko dowiedziałem się po tym wszystkim.                                                
Z samych wspomnień z okresu wojny, która tu była, z frontu sowiecko-niemieckiego, który się przetoczył nad Soniną i Wysoką, to mam takie też bardzo nieprzyjemne wspomnienia. Zaczęło się tak, że wysoko górą przelatywały pociski wielkiego kalibru. One wydawały taki bardzo przeraźliwy dźwięk, wyły w powietrzu. Miałem wtedy siedem lat,  bałem się ich. Ojciec ze stryjem uradzili, że trzeba pojechać w pole. To był 27 lipiec (1944 – przyp. MO). Trzeba było przywieźć furę żyta, bo żyto było w półkopkach, tak to się nazywało. Siano się składało w kopy, a zboże, tak się w gwarze mówiło- w półkopki, ja takim językiem operuję. Pojechali więc, przywieźli tę furę żyta do domu i złożyli do stodoły, bo nie było wiadomo, jak długo te działania wojenne będą trwały. Czy kilka dni, czy tygodniami? Nic nie wiadomo było, jak się to wszystko potoczy. Gdyby wszystko nam zniszczyli, to by nie było co jeść. Resztę żyta zostawili w polu, bo stodoła też się przecież może spalić, może trafić w nią pocisk. Wyciągnęli pusty wóz na pole, żeby przynajmniej ten wóz został, jak się spali stodoła. Faktycznie było tak, że pociski spadały koło domu. To były pociski sowieckie, ja w tamtym czasie nie wiedziałem, czyje one są. Później, gdy podrosłem, to już wiedziałem. Myśmy przebywali w czasie frontu w trzecim domu od naszego domu. To był dom murowany z cegły, sprzed I wojny światowej. Ta budowla była taka masywna i tam przechowywaliśmy się w piwnicy u tych gospodarzy. Dwie nasze krowy były wygonione nad rzekę „w doły”, w takie zagłębienie. Tam były uwiązane u drzewa. Pociski leciały ponad domami i słychać było, jak zaczepiały o drzewa. Kule hulały, że hej.  W dzień, takie były pociski grube, wyjące, a wieczór świecące, błyszczące. To było widać. Ojciec mi to pokazywał i mówił: „Żebyś to widział i, jak przeżyjemy, to żebyś pamiętał, jak wyglądała wojna”. 
 Rano rodzice wyszli z tej piwnicy, posprzątali. To już było w piątek. Mama poszła wydoić krowy nad rzekę i zaraz przyniosła mleko do domu. A ojciec poszedł do stajni, bo nam tam jeszcze jedno zwierzę zostało, taki duży buhaj. Ojciec długo nie wracał do tego schronu. Ja zacząłem wołać: „Gdzie tata, gdzie tata, gdzie tata?!” Dziecko byłem i bałem się, gdzie mój tata. Kule świstały, gwizdały, co chwila coś spadało, co kawałek hukło. Nie ma go i nie ma. Wreszcie przyszedł, no to się ucieszyłem, że jestem z tatą. „Chodź to ci pokażę jak wygląda wojna, jak przeżyjemy”. No i wyprowadził mnie z tej piwnicy do jednej izby w tej kamienicy i mówi „Popatrz się, tylko tak skraju zaglądaj do okna. Tak troszkę jednym okiem. Tam w polu stoi działo artyleryjskie niemieckie i ono ma nastawioną lufę przez nasz dom.” Takim skosem w górę i za Łańcut, gdzieś tam te pociski leciały za Rakszawę, nie wiem, gdzie to szło.  Po drodze chodził żołnierz niemiecki z karabinem i pilnował, żeby nie uciekali z pola żołnierze niemieccy, bo uciekali z pola nad rzekę i chowali się w dołach nad rzeką. Tam żołnierz był pewniejszy, spokojniejszy niż na linii frontu.
 Ale dlaczego ten tata tak długo nie przyszedł, ja nie wiedziałem, bo skąd? Dopiero się dowiedziałem po czasie. Bo gdy tata mi te latające pociski pokazywał, to koło tego domu nadszedł Niemiec z karabinem. Taki zarośnięty, rudy. No i tata, jak go zobaczył, zostawił mnie na środku izby bez słów i uciekł do piwnicy. Ta babcia, która tam była w kuchni w tym domu (te piwnice były niziutkie, trzeba się było schylić głęboko) zasłoniła właz starą szafką, żeby Niemiec nie zorientował się, że tam jest wejście. W piwnicy było dużo ludzi. Ja się wystraszyłem. Drzwi się odmykały tak jakby tutaj  na kąt i tu było wejście do takiego pomieszczenia. Te drzwi otworzyłem, za klameczkę pociągnąłem, wszedłem i tam stałem nie oddychając. Prawie nie dychając, bo trzeba było tam troszkę oddech złapać, ale taki byłem zestrachany. Ten Niemiec wszedł do domu, takim mocno tupiącym krokiem szedł do jednej izby, potem do drugiej, potem do trzeciej. To była duża kamienica. Potem się wrócił i myślę: „ Jak teraz otworzy to koniec, to mnie zastrzeli”. To mi się nieraz śni, ta scena. Ale wyszedł na szczęście i zatrzymał się w kuchni. Tam u tej babci.  Babcia niedawno wydoiła krowy i miała mleko. To mleko chciała przegotować, żeby się nie zepsuło, a potem miała je dać ludziom w piwnicy. Niemiec przyszedł, coś po niemiecku mówił, nikt nie wiedział, co mówi. Ona mu tego mleka nalała do garnuszka, trochę upił, było gorące, postawił to i poszedł. Jak poszedł, to  babcia poszła tam do piwnicy. Dowiedziała się, że za drzwiami ja jestem, tam w tej jednej izbie i dopiero przyszła po mnie, wzięła mnie i zaprowadziła mnie do piwnicy.  Tam zestrachany, spłakany, wylęknięty, dowiedziałem się co się stało, ojciec opowiadał, co było.  
  Gdy on poszedł wcześniej do stajni dać jeść bykowi i napoić go, to złapał go ten żołnierz, który potem u nas był, ten rudy. Złapał go tam na podwórzu i kazał mu iść za sobą. Zaprowadził go do sąsiedniej stajni i kazał mu wziąć konia, zaprzągnąć go i jechać w pole wozem. Tam było bardzo niebezpiecznie, tam kule świstały niesamowicie, na samym szczycie na górce pod Soniną.  Wysoka jest położona w nizinie, w zagłębieniu, a tam wyżej jest teren równinny. No i ojciec tego konia wyprowadził ze stajni i pokazuje Niemcowi, żeby go chwilę potrzymał, a on przyjdzie przynieść chomąto na konia, że ono tam jest w sieni. Niemiec tego konia złapał za uzdę i trzyma, a ojciec wszedł do sieni, drzwi lekko przymknął, a ta sień była na wylot i z drugiej strony były drugie drzwi. Można było wejść tymi drzwiami, a wyjść drugimi. Więc „dał dyla” i uciekł. A potem ten Niemiec chodził go szukać koło tego domu gdzie byliśmy, ale nie znalazł i na szczęście tak się skończyło. Pociski spadały blisko. Był taki dokładny namiar sowiecki na te działa artyleryjskie, że kierunek był tak dobrze nadany. Gdzieś musiał być jakiś szpieg sowiecki, który nadawał kierunek, jak mają spadać pociski. Ja sobie dopiero po latach wszystko pouzmysłowiałem. To mi zostało w pamięci, gdzie spadły, gdzie była dziura. Gdy byłem w wojsku, to się dowiedziałem, co to jest azymut. Jest to kąt miedzy północą, a kierunkiem, w którym się zmierza. Ten żołnierz podawał azymut na podstawie przyrządu, jaki miał przy nachyleniu, nastawiał to i potem ostrzał szedł w tym kierunku. Tylko odległość nie była właściwa. Rosjanie tak namierzali, namierzali i  niemieckie działa musiały zlikwidować tam swoje stanowiska, bo trafiały w nich już blisko sowieckie pociski. Te pociski, jak spadały, bardzo się rozbryzgiwały. U nas dwadzieścia metrów przed domem spadł taki pocisk, to wszystkie okna zostały wybite. Ściana była drewniana. Tam tak zbryzgane było, że jakby w czasie ostrzału tam gdzieś był człowiek, to by nie miał szans przeżycia. Nie było to przyjemne, a dla dziecka to było przeżycie niesamowite.        
Wojna się zakończyła u nas w Wysokiej 30 lipca. Tej nocy z soboty na niedzielę spadł deszcz i ucichło to strzelanie z obydwu stron i nikt nic nie wiedział, jak się to wszystko przedstawia. Tam się gdzieś pochowali żołnierze frontowi. Niemcy byli już przez Sowietów [okrążani]. Już Sowieci byli w Husowie, Tarnawce, do Handzlówki doszli górami, a pod Soniną i Wysoką jeszcze był front. Niemcy gdzieś się zorientowali, popakowali te wszystkie manele i zwinęli to wszystko. Jak to jechało w błocie, to ja nie wiem. Przecież nie było dróg utwardzonych, błota były wszędzie. I wyjechali przez całą Wysokę, Albigowę i tam koło dawnego młyna w Albigowej na Czekaju, skręcili do Kraczkowej, tam też droga była błotnista i udali się przez Kraczkową w kierunku na Rzeszów, bo w Łańcucie już były sowieckie czołgi. Nastała cisza. Powychodziliśmy, staliśmy na drodze i patrzymy. Idzie z pola jakiś mężczyzna, niesie karabin na ramieniu. To Sowiet przyszedł, i pyta się: „Giermańca niet?”. Tam się mniej więcej orientowali, o co mu chodzi-czy tu nie ma Niemca. „Tu nie ma”. „A gdzie jest, kuda?” „My nie wiemy. Tam gdzieś poszli”. Nikt nie wiedział, co się to stało. Miał pod pachą piękny sukniany płaszcz z jakiegoś wysokiej rangi oficera niemieckiego z takimi zygzakami tu na rękawach i mówi do ojca, żeby mu dał coś „pokuszać”. No to ojciec nie bardzo wiedział: „Co? Chcesz zjeść?”. „Tak”. „No to chodź”. Wziął go do domu i tam mu naładował jedzenia-masła, sera, mleka, chleba. Pojadł. „Za to, co chcesz?” No, żeby mu dać bochen chleba. Chleb u nas był, to ojciec chleb przyniósł do komory-bochen chleba, takiego swojaka. Ten Sowiet wyjął bagnet, przeciął na pół i wsadził do tego wora, tam, co miał te manele swoje, do tego plecaka, zawinął  pałatką i płaszcz zostawił. Ojciec ten płaszcz (bo była bieda), przeszył sobie u krawca i chodził w nim do kościoła długo.
W 1944 roku poszedłem do I klasy. Chodziło się do szkoły i do kościoła boso po błocie. Jestem świadkiem czasów, kiedy to od sierpa w polu -  od koszenia sierpem i kosą – przeszliśmy do maszyn. Teraz zboże koszą kombajnem, młócą w polu. Wszystko to przeszedłem, bo jestem ze wsi i wiem, jak było.

Dziękujemy panu serdecznie za rozmowę.
                                                                                               


[1] Wysoka-wieś na Podkarpaciu w powiecie łańcuckim (przypis TCz).
[2] Równe-miasto położone we wschodniej części województwa wołyńskiego, zobacz J. Tazbir, Atlas historyczny. Szkoła średnia 1815-1939, Warszawa 2000, s. 46-47.
[3] Świerdłowsk-miasto położone na wschód od Kazania w miejscu, gdzie zbiegają się odcinki linii kolejowej z Kazania i Permu. Na wschód od Świerdłowska rozciąga się Nizina Zachodniosyberyjska, zobacz, Atlas geograficzny, Wydany przez Państwowe Przedsiębiorstwo Wydawnictw Kartograficznych, Warszawa 1962,  s. 50.
[4] Wszystkie powyższe miejscowości leżą w powiecie łańcuckim w pobliżu Wysokiej (przypis TCz).
[5] Wieś w położona nieopodal Rzeszowa za Albigową (przypis TCz)
[6] Szczecinek-miejscowość położona na obszarze Pojezierza Pomorskiego na północ od Piły na tzw. Ziemiach Odzyskanych, J. Tazbir, Atlas..., s. 47.
[7] Miejscowość usytuowana na północny zachód od Gorzowa i Myślibórza, na wschód od rzeki Odra, zobacz J. Tazbir, Atlas..., s. 46.
[8] Kamień Pomorski leży na zachód od Kołobrzega, zobacz J. Tazbir, Atlas..., s. 46.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz