sobota, 7 stycznia 2012

Dominik Szmuc. Trzy strzały, jak w Katyniu


Trzy strzały, jak w Katyniu
 z Dominikiem Szmucem rozmawiają: Tomasz Czarny i Michał Okrzeszowski

Pan Dominik Szmuc jest postacią znaną w okolicach Łańcuta. Muzyk, działacz kulturalny, pasjonat historii, człowiek, który pieczołowicie naprawia i rekonstruuje stare zegary (szafki zegarowe). Wielkie wrażenie zrobił na nas księgozbiór pana Szmuca, jego „małe archiwum” (można tam znaleźć m.in. oryginalną ulotkę z „Manifestem PKWN” z 1944 r. i wszystkie numery tygodnika „Solidarność” z lat 1980 – 1981), oraz „Kronika rodzinna Szmuców” – pisana przez pana Dominika nieprzerwanie od czasów powojennych, po dzień dzisiejszy. Wojenne przeżycia naszego bohatera pozostają jakby w cieniu późniejszej działalności. Jednak warto je poznać. Jest to historia momentami tragiczna.   

Kiedy się pan urodził, panie Dominiku?
1 stycznia 1928 roku w Albigowej.
Czy miał pan rodzeństwo?
Tak, miałem siostrę i dwóch braci, ale wszyscy już nie żyją. Jestem ostatni z rodu.
Byli starsi czy młodsi od pana?
Starsi byli wszyscy.
Proszę nam opowiedzieć o swoim dzieciństwie, o rodzicach.
O rodzicach. Miałem sześć lat, gdy ojciec wyemigrował do Francji. Wujek, brat mojej mamy, był już wcześniej we Francji. Gdy przyjechał to wybudował dom drewniany. Biorąc z niego przykład, ojciec też pojechał, żeby zapracować na nowy dom (urodziłem się pod strzechą). Mieliśmy tylko 1,5 morgi pola, a parcela pod dom zajmowała prawie te 30 arów, więc do użytku była 1 morga pola. Na tej 1 mordze można było uchować jedną krowę. Krowa była taką „żywicielką rodziny”. Do 1939 roku ojciec pracował więc we Francji. Niestety, we wrześniu nastała wojna. Wcześniej ojciec ostrzegał, on wiedział wszystko i pisał, co może się stać. Przed wrześniem pisał do mamy, że wojna wisi na włosku, a w ostatnim liście, który przyszedł dwa dni przed wybuchem wojny, tato napisał: „Nie wiem, czy ten list dostaniesz, ponieważ wielkie zagrożenie jest i wojna lada chwila wybuchnie”.


Zanim przejdziemy do wojny to proszę coś jeszcze opowiedzieć o czasach przedwojennych, o pana dzieciństwie. 
Dzieciństwo moje. Urodziłem się w przysiółku Albigowa „Granica” -  pod Markową . Tam jest ponad 25 domów do dzisiaj. W szóstym roku życia poszedłem do szkoły, ponieważ brat, starszy ode mnie o rok, poszedł do pierwszej klasy. Ja pragnąłem nauki, jak powietrza, jak światła, jak wody. Mama nie nakłaniała mnie, ale wyrażała chęć, żebyśmy razem chodzili do klasy z tym bratem i tak się z stało. Przeżyłem w 1935 roku 10 kwietnia śmierć marszałka Józefa Piłsudskiego  (śmierć Józefa Piłsudskiego miała miejsce 12 maja 1935 roku – przyp. TCz). Na froncie każdej klasy szkoły wisiał krzyż, obok niego marszałek Józef Piłsudski i prezydent Rzeczypospolitej Ignacy Mościcki. Przed każdą lekcją była modlitwa i śpiew: „ Z Bogiem, z Bogiem każda sprawa, tak mawiali starzy, kiedy wezwiesz tej pomocy wszystko ci się darzy”. I tego było ze cztery zwrotki. W szkole panowała dyscyplina, ale była ona taka ludzka, świadoma, wychowawcza. Kierownikiem szkoły był Longin Śnieżek, później wkrótce on odszedł, a nastał Leon Grabowiecki. To był wielki autorytet. Jego żona Zofia też uczyła  w Albigowej. I pamiętam jeszcze, że kierownik Śnieżek niejednokrotnie dawał na pokaz moje zeszyty (szczególnie chłopcom, którzy brzydko pisali i niezbyt dobrze się uczyli), jak należy pisać, jak należy się uczyć i za to dostawałam przeciętnie 10 groszy. A zaznaczam, że za to można było wiele kupić (mała bułka kosztowała 3 grosze a duża 5 groszy). Kiedy ktoś był niegrzeczny, to, jak trzeba było, na ławce musiał wypiąć „cztery litery” i ktoś upoważniony przez kierownika paskiem troszkę go przywoływał do grzeczności. Takie było wychowanie, ale bardzo skuteczne.
Po wybuchu II wojny światowej nauka trwała trzy dni, a potem szkoła została zamknięta. Kiedy przyszli Niemcy 9 września 1939 roku to szkołę zamienili na koszary. Szkoła została przeniesiona do niedalekiej stodoły Jana Cwynara, później do Olejaszewskiego, zaraz koło cmentarza. Nauka opierała się na podstawie czasopisma „Ster”. Po inwazji Niemiec hitlerowskich na ZSRR, 22 czerwca 1941 roku, nauka wróciła do budynku szkoły. Okazało się, że drewniane elementy wyposażania były podewastowane, częściowo popalone. Niemcy to brali na rozpałkę. Tymczasem rozpoczęło się tajne nauczanie. Brali w nim udział kierownik szkoły Grabowiecki i wielu z nauczycieli oraz osób albigowskiego pochodzenia, którzy przed wojną pokończyli gimnazja, lub nie pokończyli, ale mieli wiedzę i świadomość aktualnej sytuacji.
Pan chodził do szkoły w czasie wojny?
W czasie wojny ja chodziłem tylko parę miesięcy do tej, która była w stodole. Było nas około dziesięciu z tego przysiółka „Granica”, odległego od wsi o 2 km. W czasie zimy i słotnej jesieni nie było możliwe uczęszczać do szkoły. Powodem był brak obuwia, nie było odzienia. Spodnie szyło się z niemieckich worków, na których była swastyka i orzeł niemiecki. To się farbowało, bo jakby Niemcy złapali kogoś w takich spodniach to nie wiem, co by było.
Czego oni właściwie wtedy uczyli?
Na podstawie tego jedynego czasopisma „Ster”, takie bzdury, ani historii, ani nic z nauk ścisłych. Robótki ręczne, porządki domowe. Gdy została w 1946 roku otwarta szkoła podstawowa, to ja się jako jeden z pierwszych się zapisałem. Mam nawet książkę za dobre sprawowanie i wyniki w nauce -  „Starosta zygwulski”  - o „Diable Łańcuckim”.
Tak się życie toczyło. Mimo, że mnie wojna zastała w jedenastym roku życia, miałem wielką świadomość, co do Niemiec hitlerowskich i co do Sowietów, ponieważ w moim domu prenumerowało się „Rycerza Niepokalanej”, którego założycielem był - dziś święty -  Maksymilian Maria Kolbe i oni opisywali już wtedy, czym jest hitleryzm, czym jest komunizm.
Wróćmy do początku wojny. Niemcy weszli już 9 września, czyli 17 września byli tu, w Albigowej. Jak ludzie z Albigowej dowiedzieli się, że Sowieci wkroczyli od wschodu? Jak ta wiadomość dotarła tutaj?
Wieść ta rozeszła się, ponieważ wielu uciekinierów z Albigowej i okolic doszło do Przemyśla i tam zastała ich nowa inwazja.
A pana tata był wtedy we Francji?
Tak, pracował tam w gospodarstwie rolnym. Miał krewnego Tejchmana, rodem z Wysokiej , który pracował w placówce dyplomatycznej w Lille  (miasto we Francji, położone w północnej części kraju przy granicy z Belgią,– przyp. TCz) i dzięki niemu tata dostał się do Francji. Jeszcze dwa, trzy lata i byłby zarobił na dom i przyjechał, ale niestety wszelka korespondencja z ojcem się urwała. Ojciec po klęsce Francji należał do ruchu oporu „zielonych” - przeciwnych prokomunistycznym zwolennikom Maurice Thoreza. Ojciec dożył do 1946 roku i zmarł w szpitalu po operacji na ślepą kiszkę.
Tam we Francji zmarł, czy jeszcze przyjechał tutaj?
Nie przyjechał. Z konsulatu wtedy w 1946 roku na jesieni przyszła wiadomość, że zmarł przy operacji. Byłem w Warszawie i wszystkie dokumenty i bagaże odebrałem. Moje dzieciństwo skończyło się tak tragicznie.
Czyli stracił pan ojca właściwie już wtedy, kiedy wyjechał do Francji, bo potem nie widzieliście się.
Pamiętam jeszcze ojca jak niedługo przed wyjazdem wybierał się do kościoła, jak buty czyścił. To był czerwiec. Miałem sześć lat. Później pamiętam listy od niego, takie ciepłe, serdeczne. Wiedział, że się dobrze uczę. Mówił, że gdy tylko skończę szkołę to ten krewny Tejchman sprowadzi mnie do Francji i zadba o moją dalszą edukację. Warunkiem było ukończenie szkoły podstawowej z językiem polskim. Ale stało się tak, jak się stało. Nic nie żałuję.
Pocztówka z Paryża przysłana przez ojca w 1935 r. Zdjęcie z "Kroniki rodzinnej Szmuców"

Proszę nam opowiedzieć o życiu w czasie okupacji.
Okupacja była straszna. Wiem, co znaczy głód, wiem, co znaczy zimno, wiem, co znaczy bieda, nędza, wszystko to przeżyłem. Tylko nigdy nie straciłem ufności w Boga i w Matkę Boską.
Kiedy pan już wspomniał o głodzie, to proszę powiedzieć, co się jadło w tych trudnych czasach? Cos przecież musieliście jeść, prawda? Mieliście krowę, więc pewnie jakiś ser, mleko?
Tak, tylko to.
Czy w czasie wojny pana rodzina też musiała oddawać okupantowi kontyngenty, dostawy obowiązkowe?
Nie, moja rodzina miała 73 ary, to było półtorej morgi z czymś tam. Niemcy dawali tym, co mieli na wsi poniżej hektara tzw. zapomogę. To była marmolada, sacharyna, mąka. A jak przyszli Sowieci i nowa władza tzw. ludowa, to wyznaczyli obowiązkowe dostawy dla każdego, kto miał powyżej 0,50 ha. Gdy byłem w wojsku w latach 50. to odwoziłem mamie te obowiązkowe dostawy zboża. Znieśli je dopiero po październiku 1956.
Wracając do okupacji…Życie było naprawdę tragiczne. Nie było czym palić. Wcześniej ojciec zawsze przed zimą przysłał trochę pieniędzy i pisał: „Kupcie tego drzewa”, o węglu nie było mowy. A później tej pomocy zabrakło. Utrzymywaliśmy się tylko ze sprzedaży mleka i jajek. Ja jeździłem jako 11, 12, 13-letni chłopiec z tym mlekiem do Łańcuta, najczęściej na ulicę Żardeckiego, gdzie całe gimnazjum było zasiedlone uciekinierami ze wschodu. Spali tam na tej dużej sali. Nie wszyscy mieli sienniki, niektórzy tylko prześcieradła rozłożone na słomie. Rano skoro świt, ja tam jeździłem z mlekiem. Później sprzedawałem też naprzeciwko kościoła, tam był nielegalny skup. Wreszcie woziłem do Rzeszowa . Pociągi były bardzo tanie, pamiętam, że bilet z Łańcuta do Rzeszowa kosztował 7 groszy. Szedłem od Łańcuta przez Wysoką, a tam były patrole niemieckie i nie raz patrol (nie składający się z żandarmów, tylko z wojskowych, a szczególnie tych, którzy kwaterowali przed wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej) zatrzymywał mnie za pięć szósta, a do szóstej obowiązywała godzina policyjna. Zatrzymywali, badali i pytali: „Co niesiesz?”. Ja po niemiecku trochę mówiłem, ponieważ siostra uczyła się już w szóstej, siódmej klasie przed wojną. Dużo już rozumiałem. Bywało tak, że nawet badali, czy nie mam jakiegoś granatu, czy broni, ale szczęśliwie przechodziłem. Jednak pewnego razu była łapanka, kiedy wracałem pociągiem z Rzeszowa. To było chyba w pierwszym roku wojny niemiecko-sowieckiej. Gestapowcy wsiedli w Rzeszowie i gdy pociąg był w biegu to zaczęli „polowanie”. I takich jak ja to już łapali na roboty. Ja ryzykowałem strasznie. Kochałem życie i chciałem przeżyć tą wojnę, więc wyskoczyłem z pędzącego pociągu. Wiedziałem jak to zrobić: nigdy z biegiem, zawsze wstecz pociągu i nie skakać, tylko na schodach położyć się  i się stoczyć. Nic mi się nie stało. Szczęśliwie uciekłem i uniknąłem wywózki. W Strażowie poszedłem do lasu i później wróciłem  w godzinach wieczornych do domu.  Innym razem łapali w Łańcucie w okolicach poczty i posterunku policji. A tam gdzie dziś policja jest to wtedy było gestapo (w Łańcucie we wskazanym przez naszego rozmówcę miejscu mieściła się siedziba żandarmerii niemieckiej od 19.01. 1941 roku. Z kolei gestapo -Geheimstadtpolizei nie posiadało w ogóle swojej siedziby na terenie miasta Łańcut, lecz na obszarze pobliskich miast takich jak Rzeszów, czy Jarosław. – przyp. TCz)
Gestapowiec mnie ściga,  a ja uciekłem w pierwszą sień, tam gdzie dziś jest ta księgarnia. Tam był korytarz i potem zaraz wskoczyłem na schody, drzwi zatrzasnąłem za sobą (nie były zamknięte) i wbiegłem na strych. I widzę stosy zdjęć. Bo fotograf, niejaki Zaczyński, miał niedaleko zakład fotograficzny i niepotrzebne, nieudane zdjęcia składał na stos. Ja się zagrzebałem w te zdjęcia i siedziałem jak mysz pod miotłą. Gdy się wszystko uspokoiło to po pewnym czasie wyszedłem. To te dwa przypadki łapanki, które przeżyłem. Nie dałem się złapać, nie dałem się wywieźć. Ale wie pan, moja siostra miała trafić na roboty. Bo w tym celu były eksploatowane przede wszystkim rodziny niezamożne, małorolne, wielodzietne. Czworo nas było w domu, ojciec we Francji. Siostra dużo chorowała. Na wiosnę 1939 roku była we Lwowie na operacji na gardło.  Siostra w Arbeitsamcie (urzędzie pracy) podała zaświadczenie i materiały, że jest chora. Powiedzieli, że w Krakowie będzie komisja i wszystkich chorych będą wracać do domu. I była ta komisja, ale o powrocie nie było mowy. Wieźli na eksterminację. Siostra trafiła do Oświęcimia, do obozu pracy. Ale od obozu śmierci odgradzał ich tylko płot z drutu kolczastego, pod napięciem elektrycznym. Tam nie można było otworzyć okna, bo taki był smród z krematorium. Siostra pracowała przy budowie tzw. infrastruktury obozu. Budowali głównie baraki, tory kolejowe, bocznice.  Osoby chore, takie jak siostra, dźwigały wszystko własnymi rękami, np.  szyny kolejowe.  Siostra mówiła, że ten „przystawca” Volksdeutsch (Osoby, które zostały przyjęte dobrowolnie w Generalnym Gubernatorstwie na niemiecką listę narodowościową,. Od okupanta otrzymywali lepsze przydziały żywnościowe, świadczenia socjalne i zarobki. Ich obowiązkiem była służba w niemieckiej armii, zobacz, T. Czarny, Życie codzienne w okupowanym Łańcucie w latach 1939-1944 maszynopis w MBP Ł, Rzeszów 2007, s. 90-91 – przyp. TCz), był groźniejszy od rodowitego Niemca. I gdy człowiek naprawdę już dogorywał, jak przynoszono z tej pracy prawie nieboszczyka, to ten Volksdeutsch dawał mu gwoździe do prostowania. Mama piekła chleb i co tydzień trzeba było bochenek siostrze posłać, ale to nie tylko ona z tego korzystała, lecz całe tam towarzystwo. A ona też korzystała z tego, jak inni to przekazywali. A jaka tam była plaga szczurów! Siostra przeżyła obóz. Wrócili na piechotę po wyzwoleniu, bo polscy kolejarze ostrzegali: „Nie siadajcie na pociąg, czy samochody z Ukraińcami, ze Sowietami, bo Stalin rozkazał wszystkich tych, co byli w niewoli, zabrać do łagru”. I dlatego na piechotę szli, o głodzie. Ludzie z litości dawali pożywienie tej armii uciekinierów. I nie raz trudno było uprosić o kromkę chleba, czy jakiegoś ziemniaka. Cud, że siostra tu dotarła.
Czy Niemcy trochę lepiej traktowali nasze okolice z tego powodu, że ludność z Albigowej, tak samo jak z Krzemienicy, Wysokiej, Soniny, Łańcuta, Markowej, Kraczkowej i innych miejscowości miała niemieckie korzenie?
Nie, absolutnie. Nazwa naszej wsi pochodzi od Helwiga, Krzemienica - od Kremera, Handzlówka od Hendsla. Jednak Niemcy na to nie zwracali uwagi. Bo to byli kolonizatorzy jeszcze z czasów Kazimierza Wielkiego, osiedleni za Ottona Pileckiego , który był władcą tych wszystkich ziem. (Otton z Pilczy, pierwszy budowniczy i właściciel zamku w Łańcucie w XIV wieku – przyp. TCz) Ale to wszystko było spolonizowane (jeszcze do połowy XVIII wieku ludność Łańcuta i okolic mówiła po niemiecku – przyp. MO).
Podczas okupacji nie zapomnę 1941 roku, kiedy w maju pracowaliśmy, przerywaliśmy buraki w polu i widzieliśmy, jak tą szosą na Markową, jechały nieprzerwane kolumny wojska niemieckiego z okrzykiem: „Hurra!”. To był maj, a przygotowywali się na 22 czerwca na inwazję na ZSRR. Ludzie domyślali się wszystkiego.
Jeżeli chodzi o konspirację to na Krzyżyku (wzniesienie „Krzyżyki” w Albigowej – przyp. MO) ruch oporu miał swoja stację, stamtąd nadawali. Na Krzyżyku, tam gdzie były zakłady ceramiczne jeszcze z dwoma kominami, młyn był jeszcze parowy, tam Niemcy mieli stację obserwacyjną i również na tzw. Magdalance (obok kościółka św. Marii Magdaleny– przyp. MO) w Malawie. Te światła my w nocy widzieli, reflektorami to aż po Przeworsk był zasięg tych świateł. Miało to strategiczny wymiar  dla lotnictwa. To takie najwyższe wzniesienie w okolicy. Byłem też świadkiem akcji partyzantów. W 1942/1943 roku jak były walki na wschodzie i tam szły transporty, widziałem eksplozję z domu. Najpierw posłyszałem, później wyszedłem na górkę, gdzie było widać aż po Rogóżko, po Przeworsk, tam był taki znak -  trójkąt (punkt triangulacyjny to się nazywało), najwyższy szczyt i widziałem eksplozję pociągu naładowanego bronią i amunicją. Sadzili my wtedy ziemniaki. Kilka godzin ta eksplozja trwała (opisywane wydarzenie miało miejsce w nocy z 4/5 kwietnia 1944. Tej nocy grupa minerska ze znanego batalionu „Zośka” z Warszawy wraz z ze współdziałającą z nią  grupą dywersyjną obwodu AK Przeworsk, wysadziła przepust kolejowy w Rogóżnie wraz z pociągiem relacji Kraków-Lwów. Akcja w Rogóżnie wraz z wysadzeniem przepustu kolejowego w Tryńczy k. Przeworska wchodziła w skład operacji o kryptonimie „Jula”, por. J. Pelc- Piastowski, „W poszukiwaniu zwycięstwa”, Biała Podlaska 2006, 137-142; M. Pliś, Kilka uwag o akcji „Jula”, „Wojskowy Przegląd Historyczny”, nr. 2, R. 1988, s. 320-32 – przyp. TCz)
Czy były w Albigowej jakieś rodziny żydowskie?
Było 49 Żydów. Wielu zastrzelili na tzw. Garbarni. Do tej monografii Tadeusza Ulmana, zbierałem wiadomości na ten temat. Ja pół wsi piechotą zeszedem, po tych wszystkich sąsiadach po tej głównej wsi, dowiadywałem się gdzie ci Żydzi byli i którzy dzięki Polakom się uratowali, a którzy poszli na śmierć. Była taka jedna dziewczyna, Srula Krawca córka, tutaj na górze w Albigowej mieszkała. Ona powiedziała, że nie będzie się ukrywać, wie, że to jest machina śmierci, że oni mają to w przepowiedniach, że zagłada Żydów jest nieuchronna. I poszła na śmierć. Ja w Łańcucie, jako jedenastoletni czy dwunastoletni chłopiec widziałem jak Kokott gestapowiec (Josef Kokott - jeden z łańcuckich żandarmów, nie gestapowiec. Zobacz, S. Zabierowski, Rzeszowskie..., s. 206 – przyp. TCz) szedł ulicą Grunwaldzką, tu, gdzie sąd, i z wycelowanym pistoletem prowadził Żydówkę na śmierć. Szedem od Grunwaldzkiej z tego miejsca, gdzie jest sąd w stronę cmentarza żydowskiego. Byłem świadkiem, jak strzelił jej w głowę. Nie zapomnę tej krwi, co się z głowy rozlała. Przez dwa dni nic w domu nie jadłem,  nie wziąłem do ust. Tak to przeżyłem. I nie zapomnę tego do dziś dnia. Młoda dziewczyna. A ja wychodziłem z założenia: „Wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga, wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami”. A święty Franciszek z Asyżu (byłem tam w Asyżu) to był wielki przyjaciel nawet i  zwierząt, ptaków. Bo powiedział: „To są wszystko boskie stworzenia, to wszystko Pan Bóg stworzył, nie wolno zabijać, niszczyć i męczyć.” (pan Dominik ma w domu cztery koty i psa – przyp. MO)
Czy Niemcy mieli tutaj jakichś konfidentów?
Tak. Największy był jeden rodak albigowski. Jak poszedł do sklepu, to mówiły jego koledzy, z ławy szkolnej: „ Marcin, co ty robisz, kim ty jesteś, komu ty służysz?”. A on powiedział „Ja służę III Rzeszy! „Milczeć!”. A co się „zasłużył” w rozbijaniu żaren do mielenia zboża! Donosił, kto nie zaciemnił o godzinie oznaczonej okien domu. Było tak, że krowa przy wycieleniu potrzebowała pomocy sąsiedzkiej, to on szedł i jak zastał takiego to od razu donosił. Zginął tragicznie w 1944 roku. Ruch oporu łańcucki „wycelował go”, kiedy szedł z Łańcuta w kierunku Albigowej i gdzieś tam, koło Wysokiej, furmanka podjeżdża. A to byli ludzie Atamana z Rzeszowskiego, z Pobitnego, masarza, rzeźnika. On należał do ruchu oporu i to była jego agentura, żeby złapać tego konfidenta. I złapali go tam, już mu zakneblowali usta, żeby nie mógł krzyczeć, wzięli go pod siedzenie, wywieźli do lasu Potockiego i tam został powieszony. Ale mieliśmy też obrońców. Bo to był nawet z mojej rodziny Ignacy Nycz. On przed wojną robił seminarium duchowne, ale ponieważ wojna zaszła, seminaria zostały pozamykane. On wrócił, miał żonę lwowiankę nauczycielkę. On pracował w Urzędzie Gminy Łańcut, tutaj, gdzie obecnie znajduje się „WROBUD”, sklep stolarski, za cmentarzem. Ilu on ocalił ludzi! On prowadził całą ewidencję ludności powiatu. Niemcy u niego zasięgali opinii o pewnych ludziach, szczególnie tych, co byli w ruchu oporu. Miał tak zakonspirowaną siatkę, że tych poszukiwanych potrafił ostrzec w odpowiedniej chwili i czasie, że uszli aresztowaniu, obozowi i śmierci. Bardzo był prześladowany za PRL-u. W tych czasach musiał pracować na Śląsku i ukrywać się. Można powiedzieć, że Łańcut, trochę zapomniał. Zapomnieli o nim wszyscy!
A czy spotkał pan jakichś dobrych Niemców?
Spotkałem. Kiedy w 1941 przygotowywano inwazję na Związek Radziecki, to przedtem, szczególnie wiosną, stacjonujące w okolicy wojska niemieckie (była to głównie kawaleria oraz wojska zmechanizowane) otrzymali od dowództwa takie polecenie – nie wiem, czy był to formalny rozkaz  - aby pomóc ludności rolniczej w uprawie ziemi, żeby metr ziemi nie został odłogiem. Użyczali więc siły pociągowej w postaci koni i robili to bezpłatnie. Moja mama też korzystała z tego.  A teraz powiem, jakie ja miałem przeżycie. To było podczas wojny niemiecko-sowieckiej, pewnie 1941 lub 1942 rok. Nad ranem, o godzinie piątej, to było chyba w czerwcu, bo było już dobrze jasno, ktoś puka do drzwi.  Ja jako najmłodszy odmykam, a tu stoi żołnierz w mundurze niemieckim. Mówi, żebym poszedł z nim. Wyprowadził mnie z 10 metrów od domu, wkłada mi do ręki wyjęty z kabury pistolet i każe strzelać. Ja nie wiedziałem, o co chodzi. Nie kazał mi zabić siebie, ani nikogo, tylko strzelać. Ja powiedziałem: „Nichts verstehen, was ist das? “, czyli: „Nie rozumiem, co to jest?” Wreszcie wziął moją rękę, i wycelował pistolet do góry. Ja  trzymałem broń, a on pociągnął za spust i strzelił w powietrze. I co się okazało? Trochę znałem niemiecki, więc wszystko mi wyjaśnił. Syn mojego sąsiada, Fryderyk Bartman, został wywieziony na roboty rolne do zachodnich Niemiec. Syn bauera był w tej armii, która (prawdopodobnie zaraz przed wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej) kwaterowała w koszarach w Łańcucie (w Łańcucie w koszarach wojskowych przedwojennego 10 Pułku Strzelców Konnych w czasie okupacji stacjonowały różne formacje Wermachtu np. 115 Pułku Strzelców Krajowych, 475 kompania ckm (ciężki karabin maszynowy) 475 Batalion Rezerwowy, 514 Batalion Rezerwowy, zaś wyżsi oficerowie kwaterowali przeważnie w zamku A. Potockiego, zobacz, S. Zabierowski, Rzeszowskie... s. 74; A. Potocki, Pan..., s. 226-227, 251, 257, 259. – przyp. TCz).
Żołnierz ten wiedział od ojca, że ten robotnik rolny z Polski jest z miejscowości koło Łańcuta. Fryderyk nakreślił mu dokładnie, gdzie między lasami mieszkał, za Księżym Lasem (obecnie tego domu już od dawna nie ma). Za takim zakrętem była krzywa wierzba. Tam był ten domek, w którym mieszkali Bartmanowie. Żołnierz szedł na piechotę, na skróty przez Wysoką i miał dokładnie wytłumaczone, żeby od „Bażantarni”(część kompleksu parkowego w Łańcucie – przyp. TCz) pójść przez pola, akurat na mój dom. Opowiedział mi wszystko, że on chce się dostać do tej rodziny polskiego robotnika. Mam tu w kronice zdjęcie tego Niemca. Dał mi fotografię z 1936 roku, na której był „po cywilnemu”, to było miasto Darmstadt. Ale jakie miał czekolady, słodycze, konserwy! Miał to dać sąsiadom, ale trochę podzielił się z nami. W tym zdarzeniu z pistoletem chodziło o to, że Niemiec chciał po prostu sprawić radość trzynastoletniemu chłopcu, dać mu trochę „frajdy”, pozwalając strzelić z prawdziwego pistoletu. To był przykład, że i tam byli dobrzy ludzie.
Kiedy do Albigowej przyszli Sowieci?       
4 sierpnia 1944 roku. Jak front w 1944 roku przyszedł do nas, to my byliśmy na samej granicy tego frontu (ten przysiółek „Granica” pod Markową). Tutaj usadowili się Sowieci, a w Kraczkowej, Łańcucie, Husowie byli jeszcze Niemcy. Przyszło drugie zniewolenie. Jeden okupant odszedł, drugi przyszedł. Jak przyszli do nas to u sąsiada kwaterowali, ponieważ nasz dom był z szosy na Husów niewidoczny. Przynieśli polską gazetę, która zaczęła wychodzić z związku z powstaniem I Armii WP pod dowództwem generała Berlinga.
A powiem jeszcze, jak Sowieci przyszli, jaką my mieli tragedię. Przyszli i od sierpnia do ofensywy styczniowej tu kwaterowali. Chodzili, kradli konie, najwięcej w Markowej. Tak było, że ukradli konia i poszli do sąsiada sprzedać go za „horyłkę”. Broń sprzedawali za pół litry „horyłki”. Przyszło ich dwóch do sąsiada i sprzedawali zegarek za pół litry „horyłki”. Dał gość, bo samogon się pędziło, zresztą była kontyngentówka (wódka dawana przez Niemców w zamian za oddanie kontyngentu – przyp. MO), a ten wziął wódkę i zegarek wydarł temu sąsiadowi. A było tak, że sprzedawali karabin, byli tacy, co kupowali za pół litry wódki, a później w nocy przyszli i jeszcze go zabierali, że on jest wróg. Przyszli do mojej matki i: „Mołoko majesz?”, a wiedzieli, bo jeszcze w lecie drzwi do obory były otwarte. Mama mówi: „Nie.” „A krowę majesz?”. Mama mówi, że nie cielna, nie doi się. A ten: „To zastrylat’!”. Ledwo my uprosili. Chcieli zastrzelić tą krowę. A u jednego pod Księżym Lasem przyszli Sowieci, na kilka dni przed odjazdem na ofensywę styczniową. Przyszli w nocy do jednego gospodarza rabować, poopierali karabiny w sieni i biorą się za penetrowanie domu. A ten cwany gość schował jeden karabin i zaraz poszedł do dowódcy, niedaleko było dowództwo tej kompanii czy batalionu. I przyszli tamci z dowództwa, on tą broń oddał, powiedział, co jak. Jeszcze się tam znęcali nad tymi żołnierzami, co chcieli rabować. Jak później opuszczali kwaterę przed wyruszeniem na front, to wszyscy domownicy opuścili ten dom trzy dni wcześniej, bo się bali, że ich wymordują z zemsty.
Jak już mówiliśmy o dobrych Niemcach, to czy dobrych Rosjan pan spotkał?
Z Rosjanami bezpośrednio nie było tego kontaktu.
 A co myśmy przeszli podczas jednego i drugiego frontu! W 1939 roku siedzieliśmy w tzw. „grubie”, to nie była nawet piwnica, to była „gruba” wykopana pod sąsiekiem i przyłożone tam strop, legary i słoma, zboże. To tam my przeżyli 1939 rok, najazd hitlerowców a później, jak Sowieci szli to kryliśmy się u sąsiadów, bo byliśmy na granicy ognia, ale ocaleliśmy.
Co mnie jeszcze spotkało! Za okupacji w Generalnym Gubernatorstwie wychodził polskojęzyczny tygodnik „Siew”…
Tzw. „prasa gadzinowa”.
Tak. I kiedy w 1943 roku armia hitlerowska cofała się spod Moskwy przez Smoleńsk, Katyń, to natrafili na groby katyńskie. Powołano Międzynarodową Komisję Lekarską, która dokonała ekshumacji zwłok polskich oficerów. Potem w tym czasopiśmie, tygodniku „Siew”, podali wszystkie nazwiska i dane personalne tych pomordowanych.
Ktoś miał to czasopismo w Albigowej i pokazywał?
Ja miałem, ja to kupowałem, czy nawet prenumerował. Ja te wszystkie listy ekshumowanych zwłok miałem. Bo o tym szczególnie Niemcy nagłaśniali. Nawet instalowali głośniki w Łańcucie i wiadomości z frontu podawali. Jak później klęskę ponosili to już nie było to w praktyce stosowane. I co się stało później w 1944 roku. Wiedzieli ludzie, że ja miałem zamiłowanie do majsterkowania, a jeszcze jak to młody chłopiec, lubiłem te korkowce i to strzelanie  na Wielkanoc, to była pasja tych młodych lat. A, że kolegowałem z takim starszym z jednej miejscowości, nie chcę mówić, kto to był, ale wiedział, że ja te materiały o Katyniu mam. I wreszcie zaczęło się okrutne prześladowanie. A mówię, że front już przeszedł. Zbieraliśmy z kolegami łuski. Z karabinowych robiło się zapalniczki, karbitówki lampy, a te długie artyleryjskie łuski to był materiał mosiężny i to było naprawdę coś cennego. Nie strategiczny środek bojowy,  ale tak dla domowych potrzeb można było wykorzystać. I ja miałem je też. Drzewo było poskładane na budowę domu, nakryte i w tym drzewie była sprężyna do automatu ruskiego  - pepeszy i zamek od karabinu. Przyszli jacyś uzbrojeni ludzie i szukali u mnie broni. Znalazłem, schowałem to, tych łusek znaleźli trochę, ten zamek od karabinu mama wrzuciła do studni jak robili przeszukanie. Ale sprężynę od automatu mi znaleźli i parę tych łusek itd. Pytali: „Gdzie jest reszta? Gdzie automat?”  Ale przede wszystkim o te materiały katyńskie.
Pytali się?
Ale jak się pytali! Jak mama to posłyszała, to potem spaliła wszystko, bez mojej wiedzy.
 A to Rosjanie pytali czy milicja?
Nie, jak ja się później dowiedziałem to byli partyzanci, ale nie z prawicy.
Z PPR-u, może Armia Ludowa?
Chyba tak, bo Bataliony Chłopskie były pod egidą AK. Jak przychodzili jesienią to zachodnia połowa Polski była jeszcze okupowana przez Niemców. Ale my przeżywali, jak przyszli w nocy, pierwszy strzał dali w okno, który przeszedł przez drzwi do sąsiedniej izby i w sąsiedniej izbie od zachodu oknem z powybijanymi szybami wylatywał. To był pierwszy dzień jak przyszli. No i chcieli, żeby to oddać. Ja byłem gotowy na wszystko, i na śmierć. Nie wiedział człowiek, kiedy to przyjdzie. Nieraz po dwóch tygodniach przyszli. Nieraz po tygodniu. I tak się to wlokło. I raz (trzech ich było) wyprowadzili mnie, do lasu, że mnie zastrzelą.
Tutaj?
 Nie, na „Granicy”. Tam jak Księży Las, jak się na Husów jedzie. Wyprowadzili mnie tam proszę pana, powiedzieli, że mnie zastrzelą. I trzy razy, dziś jeszcze te strzały słyszę, trzy razy obok mnie, za uchem z tyłu, jak rozstrzeliwali w Katyniu, strzelano mi.
Chcieli pana nastraszyć w ten sposób?
Tak. Zdałem się na wolę boską, że na śmierć, i nie wykonali tego wyroku. Przyszli i puścili mnie. I kiedy się zakończyło to wszystko i dlaczego? 8 września u nas w Albigowej na Matkę Boską jest odpust parafialny. W tym czasie ukrywał się mój kuzyn z Wysokiej, który był w wieku poborowym, nie chciał iść do tej Armii tzw. Ludowej, Wojska Polskiego. I był u nas w tym dniu. To był dzień powszedni. My poszli, byliśmy z mamą na mszy w Albigowej, przyszliśmy, mama przygotowuje obiad, a w sąsiedniej izbie kuzyn przebywał. Był uzbrojony, bo należał do AK. Młóciło się w tych czasach cepami, a dom był pod jednym dachem -  dwie izby, sień, a później obora i jakby taka przybudówka, jakby stodoła, i tam było zboże złożone. Leżało od sierpnia i czekało na młócenie, bo młóciło się później. I wtedy 8 sierpnia jeden z tych ludzi tam wpakował rękę, czy tam w słomie gdzieś nie jest schowana jaka broń, czy te materiały. Przewalił rękę po łokieć na kosie! Tam była wbita kosa z drugiej strony. Przewalił, krew zaczęła kipieć z ręki, drugi zdarł koszulę, oderwał rękaw i zabandażował go. Wyszedł z drugiej izby kuzyn mój i legitymuje ich, z pistoletem w ręku, a ja tylko złapałem go (Walenty mu było na imię) i mówię: „Waluś nie rób tragedii, bo przyjdą w nocy i nas pomordują i spalą!”. Później powiedział mi: „To było tylko na twoja prośbę”, bo on by ich zdekonspirował. A oni w tym czasie czmychli, uciekli. I na tym się cała sprawa skończyła..                   
To ile razy tak przychodzili do pana?            
Najmniej z pięć razy.                          
I to raczej tak wieczorem, w nocy?                           
W nocy, o dwunastej godzinie.                        
I zawsze chcieli tych materiałów, żeby im pan dał?              
Materiały i broń, że posiadam.
O broni. Ja panu dziś to wyznam i dziś się tego nie boje i nie wstydzę. Miałem broń nie dla walki. Ja zmajstrowałem taki pistolet, ale poskładany z części różnych i na 100 metrów ja wronę sprzątałem. Ja im to później oddał, że to tyle mam. Lubiałem majstrować. I moja gehenna się zakończyła wtedy.
A jeszcze zapytam: jak oni wyglądali wtedy? Czy np. ubierali jakieś kominiarki, żeby ich nie rozpoznać?
Nie. To byli ludzie obcy, nieznani w Albigowej. Przewodnicy, kierownicy i „dobrzy instruktorzy”, ja wiem, kto to. Rok temu spotkałem jednego człowieka z tej miejscowości, nie powiem z jakiej  i rozmawiałem na tematy, co się dzieje w Polsce, w świecie i on mi daje za przykład, jacy są ludzie, jacy są fałszywi, itd. On mi wspomina tego człowieka, który był przewodnikiem i powodem wszystkiego, co mnie spotkało. A ja mu tylko powiedziałem „trafiłeś w dziesiątkę, bo nie chcę ci dziś mówić, co ja miałem z nim, co on zrobił.”
Oni byli tu z okolicy, ale wie pan, nie powiem.
Ludzie ich znali?
Tutaj wątpię, czy ich kto znał.
Czy za czasów wczesnego komunizmu działało tu jakieś podziemie antykomunistyczne, np. WiN (Wolność i Niezawisłość)?
Była taka organizacja w gimnazjum w Łańcucie o nazwie „Orlęta”, kilku było z Albigowej. Niektórzy przeszli więzienia. Ze Soniny był kolega Magoń, który później był prezesem Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej, razem my w jednym biurze siedzieli. A jako takiej opozycji w Albigowej nie było. Dopiero jak nastała „Solidarność”.
Teraz zapytam o reformę rolną za komunizmu. Jak ludzie reagowali na nią?
Jeżeli chodzi o reformę to mieliśmy tutaj folwarki Potockiego. (Alfred Potocki IV  - ordynat, właściciel zamku w Łańcucie, browaru, Spółki Akcyjnej dla Przemysłu Spirytusowego i rozległego kompleksu dóbr ziemskich o powierzchni 19,5 tysięcy hektarów - przyp. TCz) Wszędzie rozdawali ziemię chłopom, a w Albigowej ludzie pokłócili się, co, kto, gdzie, komu, jakie korzystniejsze ziemie rozdać. Wreszcie „położyło na tym rękę” Ministerstwo Rolnictwa i zrobili Państwowe Gospodarstwo Rolne i stadninę koni, a później Instytut Sadowniczy. Sonina, Wysoka, Krzemienica, Głuchów, wszyscy skorzystali z reformy rolnej, a u nas nic. Była nadzieja na prywatyzację w 1956 roku po wypadkach październikowych, ale niestety nic się nie zmieniło.
Kiedy już mowa o dobrach Potockiego to zapytam, co się mówiło o samym Potockim?
Jest faktem, że nie był zdrajcą ojczyzny. Świadczy o tym, że w 1939 roku w czasie bombardowania trzy bomby spadły na Łańcut. Łańcut był zastrzeżony. Potoccy nie byli zdrajcy, ale to byli skoligaceni z rodami arystokratycznymi z Europy, w tym z Niemiec (ojcem chrzestnym hrabiego Alfreda Potockiego był były cesarz niemiecki Wilhelm II – przyp. MO). Niemcy dostali polecenie by tego zamku nie naruszyć. A jak przyszli Sowieci to zrobili towarzysze w zamku w sali balowej zabawę w butach z ćwiekami żelaznymi. A w Parku Angielskim wykarczowali wszystkie drzewa i buraki cukrowe oraz pszenicę tam siali. A jeden z towarzyszy powiedział: „Ten zamek będzie mój”.
A co ludzie mówili o Potockim jeszcze przed wojną?
Z mojej rodziny pracowali jako fornale na folwarku. To dostawali prócz wynagrodzenia tzw. ornarie w postaci produktów rolnych. I ci sami, co pracowali później w Państwowym Gospodarstwie Rolnym, to mówili, że niebo a ziemia jak tam zarabiali, a tu jak zarabiają.
Jak wyglądała służba w Ludowym Wojsku Polskim?
Przyszedłem do wojska 19 listopada 1949 roku, a wtedy naczelnym dowódcą był generał Michał Rola - Żymierski. Była prawdziwa wolność. Rano i wieczór odmawialiśmy modlitwę. Była zbiórka chętnych do modlitwy. Nie było rozkazu, ale wszyscy szli. Rano się śpiewało się „Kiedy ranne wstają zorze”, a na wieczorną modlitwę „Wszystkie nasze dzienne sprawy”. Z orkiestrą prowadziliśmy cały garnizon wojska (który liczył koło 12 tysięcy) do kościoła. Kilka pułków było.


A gdzie pan służył?
 To było Braniewo. 16 Dywizja Pancerna, Jednostka 32/34. W niedziele zbieraliśmy się do kościoła i nie trzeba było przepustki. Jeden, jedyny kościół był ocalały. A z pozostałych kościołów w Braniewie zachowała się ściana frontowa, na której był Chrystus, czy Matka Boska. Podczas mszy świętej w czasie podniesienia kompania honorowa prezentowała broń. I tak było od listopada do maja, kiedy pojechaliśmy na poligon do Drawska Pomorskiego, największy poligon w Polsce.
W jakich latach pan był w wojsku?
W latach 1949-1952 roku. Byłem aż trzy i pół roku, ponieważ sytuacja w świecie była bardzo napięta, groził wybuch III wojny światowej i naszemu rocznikowi przedłużono służbę wojskową o rok. Nas i tak nie chciał kapelmistrz puścić i my nie chcieliśmy wyjść, bo orkiestra by się rozpadła. A trzeba by było w tym czasie nowych poborowych wyszkolić. Kiedy przyjechaliśmy z poligonu, w międzyczasie była zmiana na stanowisku ministra obrony narodowej. Michała Rolę-Żymierskiego zastąpił sowiecki generał Konstanty Rokossowski. Już wiedzieliśmy nieoficjalnie, choć jeszcze nie było rozkazu, że w pułku we wszystkich salach są zdejmowane krzyże. Ja przyszedłem do wojska z przygotowaniem muzycznym, więc kapelmistrz mnie mianował komendantem elewów (małoletnich chcących się uczyć zawodu muzyka wojskowego). Później wysyłali do szkoły kapelmistrzów w Rembertowie. Ja też miałem tam trafić, ale nie zgodziłem się. Jak my przyszli w listopadzie 1949 roku to zastaliśmy koszary w kiepskim stanie. Nie wszystkie okna były oszklone i wszystko robili żołnierze we własnym zakresie. Zapytałem się elewów czy życzą sobie krzyż na sali. Wszyscy powiedzieli, że tak. Ponadto, co tydzień odwiedzali ich rodzice, których też pytałem o to samo. Też nie protestowali. Poszedłem do stolarni, zrobiłem do wszystkich sal krzyże i zostały one zawieszone. Gdy nastał Rokossowski, krzyże pozdejmowano, a u mnie krzyż wisiał jeszcze ze dwa tygodnie. I przyszedł raz kapelmistrz, bardzo szlachetna osoba, przedwojenny profesor. Zapytał mnie: „A co u was obywatelu Szmuc robi krzyż na sali?”. A ja powiedziałem: „Krzyż wisiał od początku za zgodą elewów i ich rodziców i obywatel kapitan też o tym wiedział, a nie było rozkazu zdejmowania”. Nie zgodziłem się więc na jego zdjęcie. Z kompanii sąsiedniej zawołał służbowego i nakazał mu zdjęcie krzyża. Służbowy go zdjął bez żadnego komentarza, ja schowałem krzyż do szafy. Kapelmistrz wziął mnie następnie do biura, aby mnie „wyprostować”. Ja przypomniałem mu o wolności wyznania i stosowania praktyk religijnych, która była zapisana w konstytucji. A on do mnie: „A jak wyobrażacie sobie wolność wyznania w wojsku? Jeden żyd będzie się modlił bijąc głową o ścianę, drugi mahometanin będzie bił czołem o ziemię, trzeci coś będzie wajczał.” Ja przypomniałem, że odkąd od listopada jestem to w wojsku byli ludzie różnych wyznań, i nikt problemu nie widział. I na tym się skończyła rozmowa. Gdy wychodziłem z wojska, byłem „prawą ręką” kapelmistrza, odpowiadałem za repertuar, bibliotekę, przepisywanie nut, wiele odpisałem dla swojej orkiestry w Albigowej. Gdy odchodziłem do cywila to posłał za mną list pochwalny do Rejonowej Komendy Uzupełnień w Łańcucie. W orkiestrze wojskowej nie mieliśmy zajęć politycznych. Mimo, że wszędzie indziej byli oficerowie polityczni i w sztabie był tzw. „informacyjny”, to był zastępca dowódcy pułku… Zostaliśmy natomiast przydzieleni do innej kompanii na te zajęcia polityczne. Gdy była inspekcja pułku to do nas przychodzili oficerowie w polskich mundurach, co nawet po polsku dobrze nie umieli, a przeprowadzali inspekcję zajęć politycznych. Kaleczyli polszczyznę. Raz pamiętam jak politruk zaczął opowiadać sprawy, które mnie się w głowie nie mieściły. I ja wstałem i zakwestionowałem to. On się zdenerwował, przerwał zajęcia i zabrał mnie do sztabu, a tam był ten zastępca dowódcy („informacyjny”). Zapytał o co chodzi, a ten porucznik mówi, ze ja zakwestionowałem treść jego wykładu. Zastępca dowódcy kazał mi odmaszerować, a zostać porucznikowi. Znajomy z Rzeszowa, który pracował w jego biurze jako pisarz sztabowy, słyszał krzyk tego oficera informacji przez drzwi.. Wszyscy koledzy   z kompanii mówili, że albo na „białe niedźwiedzie”, albo do karnej kompanii pójdę. Tymczasem wieczorem przyszedł do mnie ten  znajomy pisarz i spytał mnie, co dokładnie się stało, bo słyszał, że ten oficer - wykładowca został okropnie „objechany”. Nie zeszło długo, ten oficer został gdzieś przeniesiony, a mnie włos z głowy nie spadł.
Dziękujemy panu serdecznie za wywiad.                                   

1 komentarz: