sobota, 31 grudnia 2011

Edward Rejman był orlęciem w klatce .




Edward Rejman –był w klasie maturalnej gdy dostał wyrok - siedem lat  za przynależność do „Orląt”,  z tego cztery lata przesiedział w najcięższych więzieniach .  Jako młodociany więzień  pracował w kopalni oraz kamieniołomie.

wywiad przeprowadziły  Romana Gwizdak i Janina Haładyj- Różak.

JHR: Panie Edwardzie  zbieramy wspomnienia o wojnie, okupacji i latach powojennych.
E.R.  Ja nie pamiętam lat wojennych, no bo ja byłem smarkaczem jeszcze wtedy.  Mało do mnie wtedy docierało, dopiero póżniej z biegiem lat…. Mam wszystko w pamięci z lat powojennych, szczególnie od 47 roku. Te lata terroru dopiero się rozpoczęły gdy po 45 roku układem  poczdamsko – jałtańskim Europa została podzielona; wiadomo część wschodnia dostała się pod wpływ Stalina i sowietów.
W tych latach jako uczeń Gimnazjum Sienkiewicza a potem w Liceum Handlowym interesowałem  się sytuacją. To nie było państwo niepodległe, wiadomo, ze komuniści wtedy panowali. Po niemieckiej nastąpiła druga okupacja, sowiecka. My jako chłopcy interesowaliśmy się tym, wiedzieliśmy o wywózkach na Sybir i aresztowaniach działaczy i  Akowców, o prześladowaniach  księży.   Powstała taka myśl przeciwstawienia się temu wszystkiemu. To były poronione pomysły, bo przecież jak można na katiusze i uzbrojone wojsko z gołymi rękami się przeciwstawiać. Ale to była młodość, zapał, człowiek nauczony był, tak wychowany w rodzinie, że to wszystko powinno być inaczej, .Padła taka myśl w Rudniku nad Sanem  zorganizowania młodzieżowej organizacji niepodległościowej, para wojskowej. Wg profesora Półćwiartka takich organizacji niepodległościowych było na tym terenie około 40. Ta organizacja Orlęta szybko się rozpowszechniła. Objęła nie tylko Rudnik, ale Łańcut, Rozwadów, Przemyśl. W  1947 wstąpiliśmy do tej organizacji. Wtedy była taka propaganda, że nastąpi prędzej czy później jakaś wojna, no i to wszystko pod to było przygotowywane i młodzież się organizowała.  Na tym to polegało, żeśmy afisze komunistyczne zrywali, przestrzegali tych działaczy komunistycznych, jeżeli potrzeba było środków pieniężnych, to też to jakoś organizowano.
Były takie ulotki- gazetki, była profesorka, matka prezesa tego naszego związku… ona angażowała się i oni wydawali  czasopisma   antykomunistyczne. Młodzież rwała się do tego wszystkiego, bo to było coś takiego nowego, innego.
No i powstawały takie organizacje, na terenie Łańcuta to było może około 100 osób ( dokładnie nie było wiadomo, bo organizacja była tajna)to było dużo, pewnie, ze to nie robiło się gremialnie, bo to była konspiracja i trzeba było wiedzieć  z kim się ma do czynienia, jak i co. I te organizacje działały, działały krótko, bo od 47 roku do 49 roku. Potem nastąpiła po prostu jakaś dekonspiracja tego wszystkiego , my do dzisiaj jeszcze do tego nie doszliśmy kto to zdradził, pewne rzeczy zostały tajemnicą okryte.
W 1949 roku od października nastąpiły masowe aresztowania młodzieży. Zostaliśmy aresztowani
Pan wtedy był w liceum?
Tak, byłem przed maturą. Mnie aresztowano 6 października 49 roku i osadzili w Łańcucie w Urzędzie Bezpieczeństwa. To były straszne rzeczy. Jeżeli ja komukolwiek młodemu, np. wnuczkom opowiadam, to nie uwierzą. Nie uwierzą, ze w takich warunkach można było przeżyć.
A jakie to były warunki?
Ja siedziałem w Urzędzie Bezpieczeństwa w Łańcucie w piwnicach . To jest tam, gdzie teraz jest policja. Przez 6 równych miesięcy. To był okres zimowy, nieopalane, wilgotne, bez żadnych tam nakryć, o tak na gołych pryczach się leżało. Była cała masa ludzi, młodzi, nazywano nas bandytami…. Innych  słów się nie usłyszało. Były okropne warunki śledcze, ci   urzędnicy UB to byli prości ludzie, , protokołu nie umiał nawet napisać, nieraz dwa razy czytał i myślał, czy dobrze napisał. Oni tylko tak pod tym rosyjskim patronatem ustalali jak to wszystko ma być. Oni uważali, że należy mścić się , ich szefem był pracownik NKWD, Rosjanin ( tego żeśmy się później dowiedzieli) . No i tam było po prostu mordowanie ludzi,  to ja od tamtego czasu jestem po prostu kaleką, wybito mi bębenek słuchowy i teraz chodzę z aparatem. W szczękę dostawałem w czasie przesłuchań, w palce wbijano igly pod paznokcie, ściskali palce.
I to wszystko Polacy robili Polakom?
Tak, Polacy, prości ludzie, prymitywni. Kazano mu tak robić, to tak robił. TaK to trwało przez  sześć miesięcy. Część było wcześniej wywiezionych  do więzienia w Rzeszowie. Myśmy nie wiedzieli dlaczego po zakończeniu śledztwa ciągle nas trzymano w Łancucie. Czekaliśmy do 20 kwietnia roku następnego, czyli 1950. W roku pięćdziesiątym  nastąpiła rozprawa, taka sławna rozprawa siedmiu. Ja też byłem w tym składzie. Sąd Rejonowy w Rzeszowie na sesji wyjazdowej w Łańcucie prowadził tę rozprawę. Wtedy ze wszystkich szkół pospędzano młodzież , to miał być proces pokazowy. Ale to nie poszło po ich myśli. Na drugi dzień już nie było wolno tej młodzieży uczestniczyć, bo jak oni prowadzili nas z UB, to młodzież kwiatami na nas rzucała i okazywała sympatię. To przecież były koleżanki i koledzy. Kilka dni ta rozprawa trwała, no i wiadomo, potem padły wyroki. Wyroki padły , to nie był sąd, wyroki już były z góry uplanowane. Adwokaci, którzy nas bronili – to byli adwokaci z urzędu , nie było możności mieć swojego adwokata.
To co – znaczy, ze żaden inny adwokat by się nie zgodził was bronić?
Oni się bardziej bali jak my oskarżeni. Adwokat z urzędu nie był do obrony,  miał wspomagać prokuratora i UB. Ja wtedy nie miałem jeszcze 18 lat. Sytuacja była taka nie do pozazdroszczenia.  Na ławie oskarżonych nas siedziało siedmiu, a wyroki padły od dziesięciu lat więzienia do sześciu lat. Ja dostałem wtedy siedem lat więzienia. Rozprawa się zakończyła, potem nas wywieźli do Rzeszowa, to jeszcze do urzędu wojewódzkiego, jeszcze tam siedzieliśmy na UB, a potem  dwa, czy trzy miesiące siedzieliśmy w budynku sądu. Tam w sądzie sale – cele były takie duże, to tam siedziało i po pięćdziesiąt parę osób. Jedno na drugim w celi. W każdej celi organizowali takich kapusi, którzy donosili, tak, ze nie było można nawet z kim porozmawiać, bo nie było wiadomo, czy kto nie podsłuchuje, czy  on nie jest kapuś. I tak się przetrwało te dwa miesiące. Później rodzice robili rewizję procesu , powołując się, ze młodociani byliśmy. Wtedy wywieźli nas do Przemyśla. W Przemyślu my kilka miesięcy czekali na rewizję, ale ten pierwszy wyrok został w Warszawie zatwierdzony i potem wywieźli nas do Rawicza. Rawicz i Wronki to były najcięższe więzienia w Polsce w okresie PRLu. Jakie tam były warunki to trudno byłoby państwu uwierzyć, gdybym wam opowiadał szczegóły.
Proszę jednak opowiedzieć, bo to już ostatni dzwonek, żeby to powiedzieć.
Warunki były takie, ze w przedwojennych trójkach siedziało nas po 13, 14 osób. Spało się na gołym betonie, bez żadnych tam podściółek, tylko koce dali i to wszystko. Na wznak się nie położył, wszyscy leżeli tylko na boku, na gołym betonie. Jak przywitali nas to każdego złamali fizycznie i moralnie. Korytarz wyłożony był płytkami białymi i czarnymi w szachownicę.. Pod ścianami stali funkcjonariusze z pałami, a my goli – każdy w rękach miał zawiniątko ( odzież fasowaną i drewniaki) i tak nas gonili jak bydło. Strażnicy krzyczeli – nie po białym! , następny nas uderzal z krzykiem – Nie po czarnym! Nie wiadomo było jak iść, każdy krok był nie taki i zasługiwał na bicie, bo płytki były czarne i białe.
W celi było nas czternastu. Ze mną w celi był kolega z Krzemienicy – Michał Skrobacz, ten bez ręki. On jeszcze żyje, mieszka teraz w Krakowie.
W Rawiczu nie byłem długo. Tam panował straszny głód. Nie wiadomo czym nas karmili,jakimiś zgniłymi resztkami, zjełczałym masłem. I tam zachorowałem bardzo ciężko…. Po prostu miałem taki nieżyt jelit, ze krew się ze mnie lała. Jak mnie z tej celi skierowali do lekarza, to ja tam upadłem, straciłem przytomność  i od tego momentu nic nie pamiętam, jak mnie lekarz przyjął. Znalazłem się na tzw. Szpitalce więziennej. Łóżka w tej szpitalce były piętrowe- potrójne.  Na parterowe  łóżko kładli takiego, o którym uważali, że może pożyje jeszcze dzień, dwa…., takich co nie chodzili o własnych siłach. Kto mógł się wydrapać wyżej, to musiał leżeć wyżej. Ja leżałem wyżej, co przy tych dolegliwościach  jelitowych było bardzo uciążliwe. Lekarz był więźniem, ale on nie miał warunków do leczenia. Zaaplikował  mi czarny węgiel, no to ten węgiel mi tam podawano. Zrobiłem się cały żółty, taka żółtaczka nastąpiła.
Życie mi uratował w tym czasie człowiek, który tam jak potem się przekonałem był więźniem, z Armii Krajowej z Warszawy. Do dzisiaj ten człowiek pozostał dla mnie bezimienny i bez nazwiska. On się tak mną opiekował jak własnym synem. I on mi uratował życie, bo jak oni podawali różne środki do jedzenia, te kasze , te buraki, taki więzienny szmelc,   on to wszystko odrzucił i mówi – nic nie jedz.             I tam była taka ściana – a to był okres zimowy - taki piec wystawał i dawał trochę ciepła. On odkładał skórki z chleba i suszył na tej ścianie. I tak przez kilka dni nic nie jadłem tylko te suche skórki. I on powiedział mi takie słowa, które ja całe życie będę pamiętał. Powiedział „Ty młody człowieku…, nachylił się tak nade mną, bo tam też nie powinno się tak rozmawiać, bo nie wiadomo, co i kto usłyszy. Tam było narodu – jeden na drugim. Co rano przychodzili z takimi czarnymi prześcieradłami i wynoszono trupy, to umierało, umierało…. Mordowali po prostu ludzi. Na moich oczach się to działo, a ja miałem wtedy 18 lat. No więc nachylił się nade mną i mówi : „Ty młody człowieku, ty musisz żyć, ty musisz doczekać wolnej i niepodległej Polski”.  Ja wtedy tak jakoś, tak  promieniałem to wszystko      i potem wydawało mi się tak, ze co dzień ja odzyskuję zdrowie. Ta krew już tak przeze mnie nie leciała. ….Ile ja dni tam byłem, tego to już nie powiem. Po pewnym czasie zabrano mnie stamtąd, ale już nie dano mnie do tego więzienia, tylko  wyprowadzili mnie i zaprowadzili mnie do samochodu. Taka była więźniarka , co przewozili  więźniów…. zapakowali do tej więźniarki i nie wiadomo gdzie jedziemy, na Sybir, czy gdzie jedziemy. Każdy tak myślał, że to już chyba nasze ostatnie dni,  nie wiadomo gdzie jedziemy.
I oni nas wtedy zawieźli do Jaworzna. Jaworzno, to było takie młodzieżowe więzienie,  w tym więzieniu było ponad dziesięć tysięcy więźniów, młodzieży;  przeważnie politycznych. No i to było zupełnie inne życie w tym Jaworznie. Tam można było się poruszać, na zewnątrz wychodzić.( Po osiemdziesiątym roku byliśmy zobaczyć to więzienie). Były tam duże cele, piętrowe łóżka, ale w celi było około 15, 20 osób.  I oni chcieli z tej młodzieży zrobić coś na wzór moskiewski takich kapusi. Chodziło im o to, żeby jeden na drugiego donosił. Ci konfidenci obiecywali – a to będziesz miał lżej, obiecywali to czy tamto, żeby tylko szpiegować współwięźniów.
Tam każdy do jakiejś pracy szedł, ja zapisałem się na kurs murarski, bo wiosna już przychodziła i tak sobie myślałem, że ta robota będzie na powietrzu. Parę miesięcy chodziłem na kurs murarski, zdałem egzamin ; do dzisiaj jeszcze ten dokument mam. Nie piszą, że to w więzieniu, tylko na tym dokumencie jest, ze to w Warszawie zdawałem. Potem murowaliśmy takie osiedle robotnicze w Jaworznie. Co rano i wieczorem nas wozili na plac budowy i do więzienia. Tylko tam był straszny głód. Ten głód może potwierdzić  Kazimierz Surowiec, który opowiadał, ze jeża jak złapali, to oskórowali i to mięso jeszcze smażyli z tego jeża. Taki głód tam był. Skoro ja nie podpisałem żadnej legalki, Mam tu jeszcze na to dokument, bo jak rodzice pisali pismo o przedterminowe zwolnienie z więzienia, to komendant obozu w Jaworznie wydawał takie opinie. Tę opinię tu mam, mogę pokazać. Nie wyrazili zgody na przedterminowe zwolnienie z więzienia ze względu na to, że ja nie współpracowałem . Obojętnie odnosiłem się do wszystkich pogadanek propagandowych i politycznych, nie współpracowałem, nie podpisałem żadnej umowy o współpracę i   w konsekwencji  wywieziono mnie do kopalni Wesoła Dwa. Pracowałem w tej kopalni, to jest koło Jaworzna. Ta praca w kopalni była bardzo ciężka;  w zasadzie pracowaliśmy na przodkach, ale tylko donosiliśmy górnikom materiały budowlane i inne i ładowaliśmy węgiel łopatami na taśmy . Teraz są kombajny, w wtedy wszystko szło ręcznie. Wesoła Dwa była kopalnią bardzo mokrą, przechodziło się do góry po drabinach, to po ścianie woda się lała. Na dodatek pokłady były bardzo niskie, 50 cm tylko węgla, na leżąco się pracowało. Bardzo ciężka to była praca. Tam uległem wypadkowi. O mało mi nogi nie urwało, bo wdepnąłem po ciemku w takie koło, które było do ciągnienia wózków. Ucharatało mi kawał mięśnia. Wywieżli mnie do szpitala, szpital był w Sosnowcu, byłem na oddziale chronionym przez funkcjonariuszy. Noga była czarna jak ten węgiel, ale jakoś obeszło się bez amputacji tej nogi. I po pewnym czasie młody organizm sam się uratował. Potem , po wyjściu z więzienia nigdy nie znalazłem żadnych dokumentów dotyczących tego wypadku. Nic. Gdyby były, to może jakie odszkodowanie, przeglądałem papiery i nic nie ma. Zataili, tak jak zataili, ze ja tak ciężko chorowałem w Rawiczu.
Z tego szpitala znów mnie wywieziono do Strzelec Opolskich. Tam są kamieniołomy. A tam w Strzelcach  Opolskich pracował też Julian Haładyj. Minowali złoże i uzyskiwali kamień.  Ja sobie nie wyobrażałem, że to jest taka ciężka praca. Minowali, po wybuchu przerzucano na wózki, układali w stosy i to musiało się wypalać, żeby powstało wapno. Pracowaliśmy w drewniakach, a to się paliło wszystko.
Nie wiem ile tam byłem, trzeba by policzyć. Przyszedł  rok pięćdziesiąty trzeci, lipiec. Zawiadomiono mnie, ze na mocy amnestii mogę opuścić więzienie i jechać do domu po czterech latach więzienia. A wyrok  miałem na siedem lat. Jeszcze taki przykład podam, trochę śmieszny. Wypuścili mnie na wolność, no to ja pozabierałem ciuchy jakiem tam miał, pieniążki też dali i idę na stację kolejową. Podchodzę do okienka i proszę o bilet do Katowic. Kasjerka tak popatrzyła na mnie, zorientowała się, że jestem więźniem, bo taki ogolony-ostrzyżony  i  mówi : proszę pana, to nie są Katowice, to jest Stalinogród. To mówię, niech będzie, i upewniam się, że to dawne Katowice. Dala mi bilet i jadę do domu.
W tym samym czasie mój ojciec wyruszył do mnie do Strzelec  Opolskich na odwiedziny. Myśmy się rozminęli w drodze. Jak przyjechałem do domu, ojca nie było.
Pierwsze miesiące po powrocie do domu były takie… różne, bo mnie wsadzili przed samą maturą. Nie brakło mi wiele, no ale potem zapisaliśmy się do szkoły zaocznej i maturę razem z Julianem żeśmy zdawali. A po maturze o pracę było trudno, bo byliśmy już naznaczeni jako ludzie drugiej kategorii,  wrogowie ustroju. Tak się pracowało różnie. Trochę po znajomości, różnie.
Od osiemdziesiątego roku inny świat nastąpił. Dostaliśmy prace i wszystko, i odszkodowania. Jeszcze tylko tyle powiem, że z  tej siódemki, która była sądzona, siedmiu nas było  – to ja tylko sam żyję. Reszta już pomarła.
 Napisałem taki artykuł, do Gazety Łańcuckiej ( Gazeta łańcucka z kwietnia  2010 roku , nr 4) Ostatni z wielu – mój artykuł, moje wspomnienia. Tych siedmiu młodych ludzi, którzy wtedy byli sądzeni  w tej gazecie wymieniłem, byli to:
 Machowski Ludwik –dostał wyrok 10 lat więzienia,
Michno Jan,  dostał wyrok  9 lat więzienia,
Kulka Bronislaw, 9 lat ,
 Szpunar Wiesław-  8 lat więzienia,
Edward  Rejman -  7 lat,
 Alfred Reizer -  7 lat,
 Magoń Jan - 6 lat więzienia jako najmłodszy.  
 Na budynku dawnej Gwiazdy w Łańcucie, gdzie odbywał się ten proces jest pamiątkowa tablica. Charakterystyczne jest przemówienie prokuratora przytoczone w tym artykule.

 W Internecie jest dosyć dużo wiadomości o organizacji „Orlęta”powołanej w Rudniku , z których wynika, ze to była nacjonalistyczno- narodowa organizacja. Do Orląt przyjmowali człowieka, który spełniał dwa warunki:
1) był Polakiem
2) był katolikiem.
Czy były takie wymogi stawiane, czy nie byliście tego świadomi?
Odp: Trudno to powiedzieć. Przyjmowano nas z polecenia znajomych.
A czy chcieliście wstępując do Orląt o Polskę walczyć, czy -  jak to młodzi chłopcy –przeżyć przygodę i postrzelać sobie w partyzantce? Jakie były motywy?
Z  historii uczyliśmy się jak o wolność  walczyli kiedyś Polacy, o wywożeniu na Sybir, potem przyszła komuna, a my  chcieliśmy Polski niepodległej i katolickiej.
Tacy byliście ideowi i patriotyczni?
Tak, byliśmy młodzi i chcieliśmy walczyć.
Wszystko przeszło. Ja mogę historykom pokazać, bo mam całą szafę archiwum, nosiłem się z zamiarem przekazać te materiały do IPN, ale oni to gdzieś zarzucą. Mam nie tylko swoje dokumenty, ale i ludzi, kolegów,  którzy już pomarli.
Do archiwum nie zaglądamy, uzgadniamy jedynie, że współpracujący z nami historyk ( Tomek Czarny ) być może się nim zainteresuje. Pan Edward pokazał nam na zakończenie pięknie urządzony album, w którym powklejane są   różne pamiątki  z jego życia.
Dziękujemy za rozmowę i bardzo serdeczne przyjęcie nas w domu państwa Rejmanów..


strona z albumu Edwarda Rejmana



  


2 komentarze:

  1. Po przeczytaniu wspomnień jestem pod wielkim wrażeniem. Współczuje z powodu tych strasznych przeżyć i gratuluję doczekania czasów kiedy ujrzały one światło dzienne.To bardzo ważne, że otoczenie dowiedziało się o tym wszystkim co musieliście przeżyć i żeby to doceniło. Życzę dużo zdrowia i radości!!

    Anka z Wysokiej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pamiętam ten czas, kiedy dorośli przyciszonym głosem opowiadali sobie o tym, co spotkało Edzia Rejmana... I pamiętam też, że mówiło się wtedy o prowokacji... A dokładniej o tym, że to odpowiednie służby stworzyły i zorganizowały " Orlęta " po to, aby w stosownym czasie członków tej organizacji aresztować i potraktować tak, aby na całą powojenną patriotyczną młodzież padł strach przed tworzeniem takich, podziemnych i niepodległościowych struktur... Pan Edward Rejman wspomina, że wśród członków rozbitej organizacji dość długo trwały dyskusje na temat, kto wsypał... Czyżby nie brał pod uwagę tej możliwości, o której swego czasu rozmawiało się przyciszonym głosem ? ... Czarnianin .
    Komentarz ten wklejam na życzenie czytelnika A.R.

    OdpowiedzUsuń