środa, 20 marca 2013

Józef Jeżowski - Husów, ciąg dalszy wspomnień


Wojna i alkohol
Mimo niemieckiego zakazu, alkohol wytwarzano dość powszechnie, tym bardziej kiedy to prawo przestało obowiązywać, czyli po wkroczeniu wojsk radzieckich. Domowy "przemysł" wytwarzania wódki, czy jak wówczas mówiono, pędzenia bimbru rozwijał się doskonale. Wódka była jakby drugim pieniądzem, potrzebnym przy wielu okazjach, czasem handlowych ale przede wszystkim towarzyskich. Dlaczego tak się działo? Być może zwiększano w ten sposób możliwości handlowe, a także urozmaicano
towarzyskie spotkania, wymianę poglądów na temat bieżącej sytuacji. Nie zależnie od przyczyn, bimbrownictwo rozwinęło się do tego stopnia, że zaczęło powodować szkody na zdrowiu
i społeczną degradację Produkowano go ze wszystkiego co było dostępne w gospodarstwie. Z kartofli, buraków cukrowych, żyta, a pewnie i wielu innych kombinacji zależnie od posiadanych zapasów.
     Był to alkohol źle oczyszczony i powodował wiele zdrowotnych kłopotów, włącznie z utratą wzroku. Mimo tego częstowano się nim przy każdej okazji. Radzieccy żołnierze byli karani za picie alkoholu, ale też mieli wielką słabość do niego. Zdarzało się więc że często łamali ten zakaz. Któregoś późnego.
wieczoru usłyszeliśmy na podwórku jakiś hałas, zwłaszcza odgłosy spłoszonych kur. Ojciec wyszedł z naftową lampą na podwórko gdyż elektryczności wówczas w Husowie nie było, sprawdzić co się dzieje. Spotkał radzieckiego .żołnierza wychodzącego z kurnika z dwiema kurami pod pachą. Zapytany co tu robi,
odpowiedział zataczając się z lekka,"nicioło, nicioło, konie fikajutsia". Istotnie kilka wojskowych koni stało wówczas w naszej stodole, ale ich opiekun celowo trafił do kurnika, aby swoje żołnierskie
"meni" nieco urozmaicić pieczonym na ognisku kurczakiem.

.
Wojenne święta Bożego Narodzenia
Były również w tym trudnym czasie chwile przyjemne i miłe. To okres świąt Bożego Narodzenia.
 Tu opowiem o mojej wigilii z roku 1944. Zapamiętałem ją wyjątkowo dokładnie. U niektórych
husowian nadal zamieszkiwali uchodźcy z Kresów Wschodnich, a także ci którzy musieli uchodzić z życiem
 z bombardowanej i niszczonej przez Niemców stolicy. Już długo przed świętami spadł spory śnieg i było mroźno. Byliśmy zaproszeni na wigilię do naszego bliskiego sąsiada, Jana Lichoty, w latach późniejszych
długoletniego husowskiego sołtysa. Wigilię urządzała pani Michalakowa, warszawianka, która wyjechała z walczącej Warszawy wraz z 14-to letnim synem Zbyszkiem i schroniła się u nich. Była osobą niezwykłą pod każdym względem. Inteligentna, ładna, towarzyska, zaradna i bardzo miła. Cóż można więcej od życia żądać. Jej mąż był pilotem myśliwców i w tym czasie walczył w polskich dywizjonach lotniczych nad Anglią.
Zaprzyjaźniła się też z moimi rodzicami i zaprosiła nas na wigilię. Mimo wojennych trudnych warunków, wigilia była okazała. Piękna duża choinka z szklanymi bombkami, co w tamtych czasach było rzadkością, nakryty duży stół odpowiednio przybrany, to robiło wrażenie. Ale przecież świąteczny nastrój tworzą go-.
ście. Były śpiewane kolędy, wcześniej opłatek, a do kolęd przygrywał na skrzypkach mój wujek, Paweł, człowiek bardzo wesoły i dowcipny. Był wówczas kawalerem „do wzięcia” i wiele husowskich
panienek marzyło o kimś takim (...)
 Po wigilii wręczenie prezentów,    które były zapakowane i przewiązane kolorową wstążką i czekały pod choinką. Gromadka dzieci oczekiwała z niecierpliwością na rozdanie świątecznych prezentów. Wreszcie przyszła kolej na mnie Otrzymałem swoją paczkę. Były tam kolorowe cukierki, jakieś ciastka, orzechy, pomarańcze i samochodzik zabawka. Były to artykuły w tamtym czasie trudne do zdobycia i niespotykane.
Gdzie pani Michalakowa zdobyła je, trudno mi powiedzieć.

Wielkanocna wycieczka
Tu opowiem o mojej ostatniej już wojennej Wielkanocy roku
1945. 
   Był nieco mroźny poranek, jednak bezchmurne niebo zapowiadało
ciepły słoneczny dzień. Rodzice i starsze rodzeństwo wybierało się do kościoła
 na Mszę Rezurekcyjną. Ja miałem jednak pozostać w domu. Myślę że ze
względu na brak stosownego ubrania. To co miałem, nadawało się tylko do
 zabawy na podwórku.
Przed wyjściem z domu matka przyniosła mi kawałek słodkiego ciasta, żebym miał się czym zająć kiedy oni będą na Mszy Rezurekcyjnej. Apetyt miałem wówczas doskonały, zwłaszcza na taki świąteczny rarytas który pojawiał się na naszym stole może tylko dwa razy w roku. Toteż ciasto zniknęło, zaledwie
rodzina przekroczyła próg domu. Co było robić.Pokręciłem się trochę po pustym mieszkaniu, wreszcie postanowiłem że też pójdę do kościoła. Znalazłem jakieś buty, o wiele za duże jak na moje nogi, w dodatku nie potrafiłem ich zasznurować. Było to zbyt skomplikowane, więc doszedłem do wniosku, że jeśli będę
trochę ciągał nogami, to przecież butów nie pogubię. Rzeczywiście, pierwsza próba wypadła doskonale,byłem pewien że wycieczka się powiedzie. Przeszkadzały wprawdzie wlokące się po
ziemi sznurowadła, ale co tam taki drobiazg. Zostawiłem otwarty dom i ruszyłem w drogę. Wnet pojawiła się pewna trudność, bo trzeba było przejść przez rzeczkę po ułożonych w pewnych odstępach kamieniach, Miałem problem, bo za duże buty, w dodatku nie zasznurowane, stwarzały ryzyko że ich pogubię. Ale
siedzenie samemu w domu nie było dobrą alternatywą. Pomyślałem, spróbuję, może się jakoś uda. Pierwszy krok był udany,ale drugi już nie. Nabrało się do buta zimnej wody co ostudziło mój zapał, jednak nie miałem wyboru. Następne dwa kamienie "zaliczyłem" bo były trochę bliżej siebie. Już na drugim brzegu oceniłem
sytuację i doszedłem do wniosku że mogę kontynuować swoją wyprawę. Wprawdzie w jednym bucie chlapało trochę wody, ale co tam, drugi but był suchy. Szedłem zmarznięty bo ranek był chłodny a mój ubiór był bardzo przypadkowy. Kiedy znalazłem się na górce, pod kościołem, blisko domu Grzegorza
Stysia, (dziś w tym miejscu stoi nowy ładny domek) postanowiłem się ogrzać się w promieniach wschodzącego słońca, które na białej ścianie drewnianej chałupy sprawiały wrażenie ciepła.
Usiadłem na gzymsie glinianej podmurówki i czekałem kiedy skończy się Rezurekcja. Do kościoła nie odważyłem się iść bo wiedziałem że w takim tłumie nikogo z rodziny nie znajdę. Słuchałem więc wielkanocnych pieśni które poprawiały mi nastrój i czekałem. Kiedy zaczęto wychodzić z kościoła, pilnie wypatrywałem kogoś z rodziny. Budziłem przy tym chyba spore zainteresowanie
bo wszyscy przyglądalisię cóż to za poranny ptaszek o tak wczesnej godzinie wygrzewa sie w promieniach wschodzącego słońca pod ścianą domu. Zapewne i mój ubiór mało stosowny na tak uro- czysty dzień, przyciągał wzrok przechodniów. Ale tym się nie martwiłem. Wreszcie ulga, spostrzegłem idącego
z kolegami brata Bronisława. Był starszy ode mnie o dwa lata, ale jak na swój wiek zaopiekował się mną należycie i co najważniejsze wybrał nieco inną drogę powrotu, przez kładkę obok domu naszego sąsiada Jana Lichoty. Wróciliśmy więc do domu omijając ryzykowne przejście przez rzeczkę. Rodzice nie byli
szczęśliwi z mojego pomysłu. Pewnie dla tego że swoim ubiorem nie dawałem o nich dobrego świadectwa, jednak przy wielkanocnym śniadaniu szybko o tym zapomnieli. Kilka słów dodam
jeszcze o wspomnianym tu Grzegorzu Stysiu, który mieszkał tuż pod kościołem. Był dobrym przyjacielem moich rodziców. Zapraszał na różne rodzinne uroczystości, wesela, imieniny  Z jego najmłodszym synem Bronkiem chodziłem do jednej klasy. W późniejszym czasie wyjechali do Barycza.. Myślę że wnuczki czy wnukowie naszego przyjaciela mieszkają tam do dziś.
.
Przy ognisku
Zdarzenie które chciałem tu opisać jest dla mnie do dziś zagadką
Obserwowałem go z zainteresowaniem Z pewnością miało miejsce
wiosną 1945 roku, a więc miałem wówczas 5 lat i dwa miesiące.
To niewiele a jednak wystarczająco dużo, skoro zapamiętałem
go dość dokładnie. Wówczas nie zadawałem sobie pytania
z jakiej okazji miało ono miejsce. Dziś staram się tego dociec
Któregoś popołudnia, a właściwie wieczoru, wśród starszej ode
mnie młodzieży rozeszła się wieść, że przy Księżej Figurze coś
ciekawego się dzieje. Więc z swoim starszym rodzeństwem oraz
dziećmi sąsiadów wybraliśmy się ochoczo w tamtym kierunku
Już z daleka widać było palące się przy owej figurze spore ognisko,
a w miarę jak zbliżaliśmy się, w zapadającym już zmierzchu
widać było przy nim sporo osób. Śpiewano też patriotyczne pieśni
i wojskowe piosenki. Wśród tych osób kilku miało wojskowe
mundury a dwóch lub trzech było w mundurach oficerskich. Długie
buty "oficerki" czapki rogatywki, sznur galowy, oraz szabla.
Swoim ładnymubiorem zwrócili moją uwagę. Inni mieli mundury
nie kompletne, lub cywilne. Była też chyba jakiś alkohol. Nie
widziałem tego ale niektórzy byli w dobrym nastroju. Inne obecne
tam osoby to w większości młodzież.
 I tyle faktów, reszta to domysły i pytania. Kim byli uczestnicy tego spotkania przy ognisku,
co chcieli uczcić w tak uroczysty sposób ? Można pokusić się na dość prawdopodobną odpowiedz na to pytanie. Był to na pewno początek maja 1945 roku, gdyż rosnące wokół grubych lip młode gałązki miały już pierwsze zielone liście. Czyli zakończenie wojny i chyba ten moment był okazją do wspólnego
świętowania w tak symbolicznym miejscu Husowa. Odpowiedz na kolejne pytania może być trudniejsza. Kim byli uczestnicy tejuroczystości?
 Jest więc dalece prawdopodobne że był to miejscowy oddział partyzancki świętujący zakończenie wojny. Wybrano na to odpowiednie miejsce, widoczne w promieniu kilkunastu kilometrów. To też o czymś świadczy. Wracaliśmy do domu gdy było już ciemno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz